split

Wiosną której nie ma (niewiosną) budzą się we mnie nowe osobowości.

Autysta, który na wieść o dwudniowym kawalerskim wyjeździe znajomego z pracy wpada w panikę, ma kaca z wyprzedzeniem, szuka u siebie objawów nie pozwalających mu wziąć udziału w wypadzie.

Artysta, któremu nagle wyrasta broda i który zaraz stworzy coś wiekopomnego, już za chwilę, za momencik, jak tylko narąbie drew za domem.

Przemysław Babiarz.

Głowa rodziny o matematycznych ustach.

Nie czas na nudę. Wygląda na to, że nuda tu nie zagląda.

lew salonowy

Przestawienie mebli przestawia coś w głowie. Lepiej mi tak, że lepiej nie mówić. A może wręcz przeciwnie, może nadszedł czas na trąbienie całemu światu o sobie, o tym co u mnie, co we mnie, co wokół? Przecież do tej pory w moim otoczeniu byli głównie sami ludzie z gatunku „ja ja ja ja”. Ludzie, którzy zadawali pytanie „co u mnie” po to tylko, żeby przerwać mi po paru słowach i zacząć mówić o sobie. Ja ja ja ja.

perłowy

„Kto wie, co w Tobie drzemie”. Ja wiem co. Drzemie we mnie chęć resetu. I nie mam tu na myśli weekendowego utopienia się w butelce, w popielniczce, w czyimś dekolcie czy talii kart. Chodzi mi o kompletne wymazanie z pamięci znanych mi osób wspomnień i wyobrażeń na mój temat. Bo ostatnio mam wrażenie, że wszystko co robię to próby sprostania tym wyobrażeniom. Wchodzę w rolę siebie, odgrywam się. A jak już wspominałem błazen jest już naprawdę zmęczony.

Układając po niewielkim remoncie na powrót książki na półkach nie mogłem wyjść ze zdumienia, skąd się niektóre tytuły u nas wzięły. Niektóre pamiętam doskonale, nawet te sprzed ćwierćwiecza. Pamiętam dokładnie gdzie i w jakich okolicznościach zostały kupione, a potem czytane. Na przykład mam miłe wspomnienia związane z chorowaniem i niechodzeniem do szkoły. Mama szła na zakupy, a ja prosiłem, żeby podeszła na sąsiednie osiedle do księgarni z listą tego, co by mnie interesowało. Zawsze coś było. W ogóle prawie na każdym osiedlu była jakaś księgarnia (na naszym akurat nie). Załatwiałem taki tytuł w dzień-dwa. Teraz zajmuje mi to miesiąc-dwa. Treść tamtych książek pamiętam doskonale, te czytane w ostatnich latach właściwie powinienem przeczytać ponownie. Ale skąd u nas cztery wydania Pana Tadeusza? Coś Kaddafiego? Nawet ten nieszczęsny Coelho występuje w trzech chyba egzemplarzach. Kiedyś przeczytam dla jaj. Kiedyś.

Nie szukam już pierwiosnków w zalewie ze sztucznych kwiatów.

muzyka podkreślająca niepokój

Te cztery godziny snu będą musiały wystarczyć. Podobno niewyspanie wygładziło mi zmarszczki, będę tylko musiał coś zrobić z oczami. W środku nocy patrzyłem jak Linda ucieka przed Machalicą po smutnej i szarej Polsce lat osiemdziesiątych. Ciekawe, że ja ten okres pamiętam jako pełen kolorów, a na filmach kraj wygląda jak dopiero co wyłowiony z jeziora.

jeans to nic

Nieświadomie potarłem lampę z której wydostał się dżinn z tonikiem. To nic, że kupiłem sobie trochę za duże jeansy, radośnie zamierzam utyć. Poza tym ich kolor przypomina mi o wiosennym niebie. A ostatnio przepuszczam tylko jasne światła. Rozpraszam je, irytuję ciemność. Jeżeli już jesteśmy przy lampach (a prędzej czy później zawsze się przy nich odnajdziemy), to w dzieciństwie w piosence z programu telewizyjnego 5-10-15 uporczywie słyszałem „nasza lampa dwóje dziś skalasuje”. Ale to były inne czasy, czasy spadających z sufitu klocków lego, pogańskiego Robin Hooda, własnoręcznie rysowanych komiksów. Ale wróćmy do tego co tu i teraz. Chyba wiele się nie zmieniło. Nadal wszystko jest w moich rękach. Sięgam po dźwięki z zaświatów i sprowadzam je na dobrą drogę. Trzeba coś dać z siebie, odrobinę się postarać, aby spokojnie eksplodować na niebie, nad drzewami, obok księżyca widzianego w dzień.

bez tytułu

Udałem się w środek niczego po siebie samego. Czy udanie? Nie sądzę. Za stary jestem na te opowiastki w stylu „nowy miesiąc, nowy ja”. To znaczy nawet całkiem przyjemnie jest przez chwilę wierzyć w to, że tym razem będzie inaczej, ale… Już same znaki, które mogłem zaobserwować po drodze, nie wróżyły żadnych zmian. Jeden ptak zawieszony w powietrzu, niczym błąd w Matriksie. Drugi obrócony do mnie plecami, albo sowa, albo jakiś taki po prostu nastroszony. No nie ze mną te brunnery, Numer.