oj Dana

Tam powietrze pachnie, tu śmierdząca sprawa. W szufladzie biurka szukam swojej odznaki, znajduję tuzin o wiele bardziej potrzebnych przedmiotów, takich jak kamień w kształcie serca. W zasadzie to chyba tylko ja widzę w nim serce, bo nie przypomina ani narządu, ani ogólnie znanego symbolu. Odznaczam się więc słoneczną farbą, bo prawda jest gdzieś tam, Dana, nie jesteśmy sami.

langoliery

W mojej przepastnej sakiewce tracę całe palce.

Z mojej przepastnej sakiewki wysypały się kuliste niszczarki światowych dokumentów.

Do mojej przepastnej sakiewki pozbieram to, co zostanie.

O mojej przepastnej sakiewce krążą legendy.

motel Mordor

być może przypominam tych alkoholików którzy raz na jakiś czas robią sobie dopust boży zaszywają się gdzieś w hotelu i upadlają się przez kilka dni żeby potem odbić się od dna łatwiej potem wyzerować zacząć od nowa skreślić grubą kreską to co było i z nadzieją wypatrywać tego co będzie i ja działam chyba podobnie choć stymulanty inne inne doznania

W moich oczach obracają się żyrandole. W tańcu, w wirze, zlewają się w jeden wielki żyroskop. Odnajduję się na chwilę. Na jak długo? Utrzymać to, ściskać z całych wątłych sił, nie zważając na odciski na rękach. Stwardnieją, jak kiedyś opuszki palców.

Dogasa ognisko. Czegoś trzeba więcej?

rad Io

Radio znów nadaje, pośrodku lasu wzniesiony maszt. Dopłynę falami do brzegu każdego z nas. Owinę się w kosmiczny szum i usnę. Wstanę wśród dymu, nie zważając na igły.

eska

Kładąc się do snu nie poznałem swojego materaca. Mój kręgosłup musi już przypominać słynne „s” Sepultury. Za szczenięcych lat każdy z nas chciał mieć wytatuowaną „eskę”, najchętniej na nodze. I każdy chciał mieć białego B.C. Richa, takiego samego jak Max. Najbliżej zrealizowania marzeń był Siwy (dzisiaj bardziej Łysy, choć ksywa się nie zmieniła), któremu piękną replikę białego Warlocka wykonali portugalscy lutnicy. Reszta musiała się zadowolić „eskami” na wojskowych plecakach, pieczołowicie wymalowanymi ręką  utalentowanego kolegi, na którego nie wiedzieć czemu wołaliśmy Emu. Ciekawe, że gdy na wysokości płyty „Roots” Max dość drastycznie zmienił image na dresy, dready i takie tam, już tak chętnie za nim nie podążyliśmy. Mnie się nawet podobało, niestety z moich włosów wyszedłby może jeden kabanos, w dodatku nie za gruby. Ale to już inna historia. Tak samo jak obce materace. Nie mogąc zasnąć próbowałem sobie przypomnieć tyle hotelowych łóżek w których spałem, ile tylko się da, aż w końcu zasnąłem. To chyba lepsze od liczenia baranów, co nigdy w moim przypadku się nie sprawdziło (chyba za wiele ich otacza mnie na co dzień). Odtąd będę liczył hotelowe łóżka.

skasuj bloga*

Jak w filmie. Podjazd do domu, pilot, brama, pilot, garaż, winda. Odcinam się drzwiami od świata i zanurzam się w najpierw w zimnym drinku, a potem w ciepłym basenie – w moim przypadku odpowiednikiem tego jest kawa i dwie kreski tabaki. Szczypty właściwie, jak uszczypliwie podpowiada życie. Ćwiczyłem dziś cierpliwość robiąc zakupy z moją mamą. Nie było źle, w zasadzie wobec mnie była całkiem miła, za to niekoniecznie wobec obsługujących, co zawsze sprawia, że mam ochotę na oczach wszystkich zapaść się pod ziemię, pomachawszy z przepraszającą miną wcześniej. Żegnam was, Ziemianie, żyjcie długo i pomyślnie.

*Tytuł wpisu bez wpływu na dalsze losy tego miejsca. Bez związku z teraźniejszością, bez treści bezkresu.