drimcepcja

Tej nocy miałem dość dziwaczny sen, ale jego końcówka przebiła wszystko, co do tej pory przydarzyło mi się podczas spania. Mniejsza o szczegóły, fabułę, chodzi raczej o uczucia jakie senna projekcja wywołała we mnie tuż przed i zaraz po przebudzeniu. Ciężko to opisać. Chyba najbliżej prawdy byłoby nazwanie tego deja vu podczas snu. A może był to jakiś najgłębszy możliwy sen, śnienie o tym, że się śni? Nie wiem. W każdym razie gdy się działo, miałem przekonanie, że już wielokrotnie przez to przechodziłem. I żeby mogło się to dziać, musiałem o tym marzyć… przed snem właśnie. Coś niesamowitego. A po przebudzeniu dezorientacja razy dziesięć. Napewno znasz to uczucie, gdy budzisz się nie mając pewności, czy sceny poprzedzające pobudkę wydarzyły się naprawdę, czy rozgrywały się tylko za twoimi zamkniętymi powiekami. No to tutaj doszło jeszcze uczucie niepewności, czy faktycznie się obudziłem. Niesamowite. Tego jeszcze w moim teatrze marzeń nie grali. I tak, chodziło w tym wszystkim o kobietę. Fikcyjną, gwoli ścisłości. A przynajmniej taką mam nadzieję.

Na powrót spóźniony, chociaż mknę. Jak zawsze za późno się odnajduję. W tym wszystkim. I jak zwykle gdy tylko napiszę, że już nie odnajduję słów, gdy przez myśl przebiega pomysł wystrzelenia się stąd w kosmos, palce jakoś tak same z siebie odnajdują odpowiednie klawisze. Gdyby tak z podobną łatwością pokonywały kolejne progi… Wessany przez słuchawkę pokonuję całe lata świetlne. Zahaczam o kilka budek telefonicznych – tę na miasteczku studenckim, tę na stacji benzynowej w górach, by zostać wyplutym w tej:

tup

od krawężnika do krawężnika – dryf

tuż za powiekami – podryg

wśród innych – wstręt

Coś niedobrego się ze mną dzieje. W sumie to nic nowego. Podobno było jakieś zaćmienie. Wszyscy spoglądali w niebo nie mogąc nic dostrzec, ja wtedy zaglądałem w siebie. I owszem, zauważyłem. Pochłaniam świat(ło), ale nie oddaję go z powrotem.

Chyba już nie umiem tu pisać.

bohater stereo

Zapomniałem. O narzędziach, o ludziach. A przecież słońce w tylu liściach. Zapomniałem o radości. A przecież. Utożsamianie się z wrażliwcami bywa niebezpieczne. Utożsamianie się z gruboskórnymi zawsze jest zdradliwe. A przecież. Przecież gdzieś tam po środku jestem ja, o którym też zapomniałem, za co bardzo SIĘ przepraszam. Podtrzymujemy więc pamięć.

windows 95

Mieć otwarty umysł… Nie, to nie jest wcale takie fajne jakby się to mogło wydawać. Wyobraźcie sobie dom z mnóstwem uchylonych okien. Wszędzie przeciąg. Łopoczące firanki, zdmuchiwane z biurka notatki, strącane z parapetów doniczki, powybijane trzaskaniem szyby… Fajnie? Mam tak przez większą część życia. Bardzo rzadko przestaje (przestaję?) wiać.

d_prom

Spomiędzy drzew trójwymiarowe nagranie zielonego olbrzyma wręcza mi list. Wróciwszy do domu nakrywam samego siebie na własnoręcznym adresowaniu. W liście to wszystko dopiero się wydarzy, we śnie i na jawie jest wielokrotnie po wszystkim. Za każdym razem gdy odwracam wzrok kątem oka dostrzegam siebie zgarbionego nad biurkiem. Spisuję to wszystko jeszcze raz, na nowo. Dopiero teraz. Między słowami sypie się proszek codzienności, zmielone ziarna i dym. Koperta jest przesiąknięta. A to ci dopiero.

listowie

Mgła wdzierała się do gabinetu, bo Twórca tak to sobie wcześniej zaplanował. Okno ukrył przed światem i to było dobre. Gdzieś poza czterema ścianami działy się rzeczy ważne, ale przestał o to dbać. I to też było dobre. A najlepsze w tym wszystkim było to, że przejrzał wszelkie metody kamuflażu używane przez jego Nieprzyjaciela. Niektóre ujarzmił, z innymi udało mu się zaprzyjaźnić, pozostałe zignorował. Tak, było to zdecydowanie jego najlepsze od niepamiętnych czasów dzieło: wyjście z sytuacji do ogrodu.

snop

Parę nocy temu śniło mi się, że umieram. Drugi raz w życiu. W sensie, że nie umieram po raz drugi, tylko ponownie miałem taki sen. Za pierwszym razem (chodzi o sen) było to jakieś dwadzieścia lat temu, jeszcze na studiach. Płonąłem żywcem na placu zabaw w pobliżu bloku w którym mieszkałem. Rozmawiałem równocześnie ze swoim przyjacielem (wrótce ojcem, ale w rzeczywistości, nie we śnie, w dodatku teraz, nie wtedy) i pocieszałem go, że tak po prostu będzie lepiej, naprawdę nie ma się czym przejmować. Tym razem załatwił mnie jeden z trzech czerwonych diabłów. Takich gumowo-komiksowych. Ale ponownie bez dramatów, po prostu tak z jakichś powodów miało być. Z tym że coś poszło nie po (czyjej?) myśli i jakoś nie mogłem umrzeć. Szukałem w tym śnie tego diabła co mnie dziabnął żeby go zapytać co jest, że to chyba za długo trwa, powinienem już to chyba mieć za sobą. Czy znalazłem – nie pamiętam. Ale pamiętam spokój. Dobrze by było kiedyś go zachować, jak już przyjdzie co do czego.

Są. Odbierz.

Poddaję się życiodajnej, choć zarazem żerującej na witalności fali. Swobodnie dryfuję na plecach, nie wiem czy mam na sobie ubranie. Nade mną przesuwają się fioletowe palmy na tle nieba barwy świeżo skoszonej trawy. Od do. Długość dryfu zapisana jest w pamięci włosów i paznokci. Pod niebem więc palmy, na ciele świetlne plamy. Ot co.