72

A już mi się wydawało, że jedyne o czym mogę śnić tej nocy to zlew. Płukanie, mycie, szorowanie. Owoce, warzywa, mięso. Resztki. Przypalone skorupy. Ale nie. Pod koniec weszła ona, cała na… chyba niebiesko. Doskonale fikcyjna kobieta. Jak żyję takiej nie widziałem i może to i dobrze. We śnie bardzo łatwo przyszło mi odrzucenie wszelkich moralnych norm. Zaczęło się od i skończyło zarazem na pocałunku. Ale na jakim! Był tak pobudzający, że aż się obudziłem.

uczuć

Lubię to uczucie, gdy z umysłu opadają zasłony, welony, kurtyny, ślimaki, robaki, łuski, pióra, paznokcie, galaretki, budynie, kartki kalendarza, niewygodne buty, horrory oglądane przez palce, książki zalane zupą, zapomniane zadania domowe… Lubię, gdy tego wszystkiego nie ma. Jest tylko szlak, bez żadnych życiowych drogowskazów, po prostu kawałek suchego asfaltu, jakieś widoki, miarowy chód. Naprzód. Lewa, prawa. Wdech, wydech.

czerw

Niech zażre ten czerwiec. Nie lubię tych słów i zwrotów – „żreć”, „nie zażarło”, brzmią okropnie, przy nich język niemiecki wydaje się być muzyką ambient. Ale odpowiada mi „żrące” – ma w sobie tyle ostrzeżenia, że będę się trzymał z daleka.

Mam wrażenie, że przełom maja i czerwca od zawsze był przełomowy także dla mnie. Rodziły się wtedy jakieś pomysły, może i głupie, naiwne, ale jednak. W zeszłym roku wymyśliłem sobie detoks i pomaganie innym. W jednym i drugim przypadku chodziło przy okazji o pomoc samemu sobie. Częściowo zdało to egzamin. Dobrze się wtedy czułem i będę teraz próbował na nowo wywołać ten stan, choć może nieco innymi środkami. Wymyśliłem też wtedy moje zniknięcie z tego tutaj świata, ale jak widać nie udało się. I dobrze, chyba. Prawdopodobnie bardzo bym tego żałował, być może pierwszy raz w życiu.

Za oknem wspaniała jesień u progu tego lata, którego jakoś tak nie przywitam z otwartymi ramionami. Lato to wyjazdy, wyjazdy to wybicie z rytmu, wybicie z rytmu może wywołać fałszywe nuty tu i ówdzie. A ja lubię, jak igła mojego gramofonu bezpiecznie umieszczona jest w rowku. Z drugiej strony (strona B) dobrze jest też czasem ujrzeć parowy i wąwozy.

wie czar

Oknem wchodzą gałęzie. Każdy konar śpiewa na swój sposób. Zupełnie nie szumi mi od tego w głowie – myśli unieruchomiła żywica. Spoglądam na swoją skórę z zadowoleniem. Odzyskałem dawne barwy, choć mam wrażenie że zieleń jest tak naprawdę odcieniem szarości.

ta dam!

Mówisz masz. Co, ja nie napiszę?! Przytrzymaj mi drugą kawę! Jestem na fali. Jestem surferem na monstrualnej fali. Choć nigdy w życiu nie pływałem na desce. Kiedyś tylko jeździłem na deskorolce. Jakieś trzydzieści lat temu, gdy deskorolki i hulajnogi wprawiało się w ruch własnymi nogyma. Faluję więc. Unoszę się na jej grzbiecie, wykorzystuję ją jak każdy bałwan – do pożegnań. Macham, śnieżę, zanikam – nie znikam. I wyczekuję momentu aż się coś spektakularnie wykolei. Zawsze tak jest: gdy ja odzyskuję równowagę, to świat akurat wyskakuje ze swoich torów. Co tym razem? Kolejna pandemia? Może w końcu ogień wojny strawi cały świat? Apokalipsa? Nie, to będzie coś mniejszego. Coś kameralnego, swojskiego, rodzinnego. Taaak, zdecydowanie rodzinnego. I może tym raz się uda. Tym razem się wymigam. Żadne odpryski gównianej codzienności nie dosięgną mnie na szczycie fali. A nawet jeżeli, to przepadną w czasie zmyte przez wodę. Odegnane przez żywioły, nareszcie.

ej ty!

W momencie wydania wylałem na ten album wiadro pomyj. Dwadzieścia lat później słucha mi się go doskonale, inspiruje mnie do własnych działań i tworzy wspaniałą ścieżkę dźwiękową dla codzienności. Wychodzi na to, że wszystko jest kwestią czasu. Dwadzieścia wte, dwadzieścia wewte. Przeszkodą może być jak zawsze głowa. Musi być spokojna. Wtulona w pastelowe kolory marynarek Sonny’ego Crocketta. Zaskoczona telefonami umieszczonymi w samochodach. Przykryta skrzydłem flaminga. Trzymana w ryzach całą magią Eternii. Zanurzona w ciepłym morzu syntezatorów. Nocą rozświetlona neonami, nie blaskiem pochodni odbitym w ostrzach wideł.

43

Oto czternasty wpis w tym miesiącu. Chciałbym do końca dnia zamieścić jeszcze dwa, żeby było ich więcej niż w poprzednim maju. Chciałbym, bo uzmysłowiłem sobie dzisiaj, że blogowanie (tak się jeszcze mówi?) jest dla mnie bardzo ważne, a zaniedbuję je od dawna straszliwie. A wiele zawdzięczam temu miejscu. Między innymi najwspanialsze chyba znajomości, jakie udało mi się nawiązać w ostatnich latach*. Mniej lub bardziej wirtualne, ale nie tracące przez to na znaczeniu. I chociaż świat blogowy bardzo się zmienił i nie przypomina za bardzo tego, który tak mnie kiedyś ujął (jak mawia mój dobry – blogowy, a jakże – znajomy: „to jak pojęcie telefonu teraz a 40 lat temu”), to nadal ma specjalne miejsce w moim sercu. Po prostu uwielbiam tę szufladę z tymi wszystkimi notatnikami.

*Te lata można już liczyć w dziesięcioleciach, co jest straszne i fascynujące zarazem.

trawa

Nie dotarłem na to wzgórze. Miałem usiąść na ławce i patrzeć w przeszłość. Innym razem. Coś mi mówi, że będę tam częściej bywał. Następnym razem znów zdziwię się, że trawa wygląda w sumie tak, jak wtedy. Dzika, z rzadka koszona. W jakimś korowym piśmie dla młodzieży w rubryce „Napisz do Kasi” przeczytałem, że zapach świeżo skoszonej trawy przypomina woń męskiego nasienia, dlatego też wczesną wiosną niektóre panie mogą być bardziej pobudzone. Przytaczam z pamięci prawie słowo w słowo, chociaż minęły trzy dekady. Wryło mi się to w banię do tego stopnia, że nie ma opcji, żebym wczesną wiosną wypełnioną symfonią kosiarek nie przypomniał sobie o tym artykule. Choć mnie się nie kojarzy.

Każdy zakamarek starych śmieci przywołuje wspomnienia, byłem tam już tyle razym, że wydawało mi się, że przejrzałem je już wszystkie. Nic bardziej mylnego. Ostatnio, odrywając się od trawy myśli poszybowały ku frontowej klatce schodowej mojego dawnego bloku i – bam! Przecież tu mieszkał pewien starszy ode mnie kolega. Całe osiedle mogło wysłuchać jego zmagania z (Anasthesia) – Pulling Teeth Metalliki. Zapowiadał się z niego utalentowany basista. Jego brat przez chwilę ćwiczył w piwnicy na perkusji, ale sąsiedzi szybko wybili mu to z głowy. Wystarczyło im moje pianino kilka godzin dziennie. W każdym razie moment, w którym zwabiony uderzeniami stopy i werbla z zaciekawieniem schyliłem się do piwnicznego okienka, chyba zaważył nad resztą mojego życia. Ujrzałem kawałek zestawu perkusyjnego i oszalałem.