Jedyna niezawodna i stała rzecz w moim otoczeniu – zlepek kilku rodzajów drewna. Wyciągam z futerału. Dotykam po dłuższej nieobecności. Współgra ze mną. Jej wyrozumiałość jest kojąca.
jestem budynkami
poddaszem przedwojennej willi
czerwonym światłem na dachu biurowca
kuchennym oknem wielkiej płyty wymierzonym w noc
balkonem podpierającym góry
kim (wexler)
Wielożyciowość, mnogoczekiwania. Kim jestem w twoich oczach, czym jestem w czyichś uszach? W pracy przebieram się w roboczą twarz – moje ja czeka w szatni na koniec zmiany. Czy staję się bardziej sobą po powrocie do domu, gdy umieszczam umysł w wygodnych pantoflach? Nie znajduję odpowiedzi na żadne z tych pytań, bo mam problem z odnalezieniem się.
^o^
Diane, twoje wyobrażenia na mój temat tak bardzo mijają się z rzeczywistością, że bardziej już się nie da. Gdybyś wiedziała w ilu wszechświatach się pławię, zmieniłabyś zdanie. Jestem kruchy, niesolidny i niestabilny. Nie jestem jednością. Ulepiony z wielu niepasujących do siebie cząstek, z których każda zanurzona jest w pyle innych galaktyk. Mój umysł rozpadł się na kawałki nieskończenie wiele razy, udało mi się zrekonstruować go w tylu odmiennych formach, a żadna z nich nie przypominała nawet w przybliżeniu pierwotnego ja. W swojej głowie czułem już zęby, pazury, macki, parzydełka, żądła, łuski… Przestało uwierać stosunkowo niedawno, bez ostrzeżenia. Coś musiałem stracić, żeby zyskać ten spokój. Tylko co? Trudno mi określić, bo nie ma po tym czymś śladu. A tak w ogóle, to jak się ma Annie?
człowieki
Człowiek-Dywan.
Człowiek-Amisz.
Człowiek-Tom Cruise/Val Kilmer.
I mnóstwo perfekcyjnego makijażu.
A to tylko kilka przystanków.
usta
Diane, już ci kiedyś o tym mówiłem, ale pewnie wciągnęło taśmę. Powtórzę zatem: gdybym umiał śpiewać robiłbym to tak, jak Nick: praktycznie w bezruchu, bez głębszych emocji na twarzy, z tym spokojnym smutkiem w oczach. Dzieje tego zespołu to w ogóle dobre zobrazowanie mojego życia. Chorągiewka, wte i wewte, w którą stronę wiatr zawieje. Oni zatoczyli koło, ja się wykolejam.
bieg
biegnąc na czarnych chmur spotkanie
nigdy nie oglądaj się przez ramię
zda się
Zabija mnie ta poranna wielozdaniowość. Coś pęka i nie jest to tylko ekran który rozpada się na połowę, na dwoje babka wróżyła. Nie martwcie się, wskrzesi mnie wielozadaniowość którą ze sobą niesie, wyrażona co prawda bez użycia wielokropków, ale też i bez wielolitrów. Zrywam kartkę z kalendarza, odrywa się nierówno targając cały świat. Pęka niebo, rozstępuje się ziemia, próbując złożyć wszystko do kupy wywołuję tylko efekt migotania jak z thrillerów nakręconych w latach 90tych. Podłogę zaśmiecają przepołowione ćmy oraz kawałeczki szkła – żarówek tak łatwo potargać się nie da. I choć sygnał domofonu dobiega jak z kilku równoległych światów, to już kurier z paczką na progu jest jak najbardziej we własnej osobie, przypominając o tym, że tu i teraz toczy się życie. A przynajmniej tak niektórzy uważają.
ała

id ę
Nie potrafię być jednym z was, ale dziś nawet nie próbuję. Nie spędza mi to snu z powiek, bo przeważnie go tam nie ma. Jest gdzie indziej, tam skąd nie potrafię go przywołać dymnymi znakami. Rozkopana pościel nie zajmuje się od ognia, piasek wciska się w każde zagłębienie ciała, ale nie trafia do oczu. Elektroniczne mrówki pokrywają korony i pnie drzew.