przy niejednym stole
wir wpycha mi do gardła
obce kwestie
przy niejednym stole
wir wpycha mi do gardła
obce kwestie
odmierza kroki
możliwości
nuty powietrza
Utkany wiatrem, w czasach gdy był jedynie mgłą, wymyślił sobie siebie na podstawie nieodpowiednich lektur. I, niestety, udało mu się lepienie. Lepiej, nie? Lepiej nie… Zależy z której strony patrzeć, stety-niestety. Strona jest ważna, z której się patrzy, z której się słucha. Pod jakim kątem pada światło, czy w kącie umiejscowiony jest głośnik. Choć w tym przypadku dudnik, skoro z każdym powiewiem coraz więcej piasku wdziera się między tryby plugawej maszynerii. Na całe szczęście na skutek czterech pór deszczowych oliwienie następuje. Na na na, choć częściej pod pod pod. Efekt tego jest taki, że stron zapisanych w głowie umiejscawiać nie trzeba. Nie zawsze i niekoniecznie.
Jak nie teraz, to kiedy? Pod neonowym światłem dojrzewają rośliny. Wciągam szczyptę normalności. Uspokaja ciche brzęczenie lamp. Żaden czarny rycerz nie jest w stanie nimi władać. Są kruche w niewłaściwych rękach.
krople spływają po ekranie
dotykowym
nie da się odpisać
sensownie
tu i teraz to zawsze tam i wtedy
rozpadało się osobowościami
wio!
sennie
Poznaję ten uśmiech. Jesteś jednym z tancerzy oświetlonych bladym świetle księżyca. Nie rozdrapuj twarzy. Pod spodem go nie ma.
Już mnie nie przeraża to małe czerwone światełko.
Tunel nie ma końca.
Marzanna, królowa utopców
do której mogłem prosto z mostu
wysuszonego na wiór jak jej wyobrażenia
o tym namiocie do wypełnienia
tlenem, południowego brzegu dymem
przestrzeni między nami ziołowych kadzideł
odwróciłem wzrok, skoczyłem
tuż obok niej taflę dla siebie wypatrzyłem
nakryła mnie znajomą kopułą, kloszem
pod którym nigdy ogień nie kroczył