Nie podskoczysz mi, Sonny Crockecie. Może i mieszkasz na jachcie i masz aligatora, może świetnie wyglądasz w pastelowych marynarkach, ale nie masz dwóch monitorów i drugiego dnia po powrocie z gór nie wyciągnięto z ciebie dwóch kleszczy. 2:0 dla mnie. Twój telefon zainstalowany w samochodzie też nie robi na mnie większego wrażenia, zwłaszcza biorąc pod uwagę surrealizm w którym się ostatnio obracam. Na przykład wczoraj. Dwie kobiety. 2:0, przypominam Ci, Sonny. Jedna, ładna i dojrzała blondynka, była tak bardzo zaskoczona, że przepuszczam ją w drzwiach, że aż pisnęła „Ojej! Dziękuję!”. Druga, urody niepewnej z powodu maseczki, za to o dość bystrych oczach, zaskoczyła mnie.
– Emajl?
Dokładnie tak to zabrzmiało. Jednosłowne pytanie ściągnęło mnie z odległych galaktyk, oczom mojej wyobraźni ukazało się kilka puszek farby emaliowej. A przecież przyszedłem tu kupić kabel do drugiego monitora (2:0, Sonny).
– Przepraszam? – wybąkałem zza maseczki.
– Emajl?! – powtórzyła głośniej.
– Jeszcze raz – poprosiłem.
W końcu gdzieś tam zderzyły mi się dwie szare komórki, że chodzi o adres mailowy do faktury, ale mimo wszystko nadal jestem oszołomiony wymową. Nie zdziwiłbym się czemuś takiemu w ustach kogoś starszego ode mnie, ale… Chyba, że to dopuszczalne i teraz tak się mówi, nie wiem, nie nadążam. Sonny tu pewnie mógłby osiągnąć nade mną przewagę, dobiegłby, rzucił się szczupakiem, wślizgiem, przekoziołkował, i byłby ba czasie. Ja nie jestem.
Surrealizmu o wysokim stężeniu do nawarzonego piwa dolewa też żona, planując zakup domku w górach. Domku. W górach. Od marca właściwie jestem bez pracy, ale domku w górach. DOMKU W GÓRACH. Jeżeli to się ma udać, to ma być to domek położony pomiędzy dwoma szczytami. (2:0).
„Wiesz, ja boję się że to widać na zewnątrz, ale ja wtedy cały sztywnieję wewnętrznie, czuję się jakby dotykał mnie ktoś obcy, jakby przybysz z innego wymiaru opanował ciało mojej żony i chciał uśpić moją czujność „ludzkimi” odruchami. Dochodzi do tego, że na spontanicznie okazane miłe gesty reaguję podejrzliwością podszytą niedowierzaniem i – tak – czymś w rodzaju obrzydzenia. Czy to ze mną jest coś nie tak?”.
A może by kichnąć tak całym ciałem, ale tak, aby przyćmić rozbłyski supernowych, aby zagłuszyć zapadanie się światów? Żeby ogolić nie tylko te dmuchawce obok ławki , ale też te paskudne wieżowce w oddali, całe dzielnice, miasta… Żeby zdmuchnąć domek każdej ze świnek, by posiadłości świń nie jedynie zadrżały w posadach, ale raz na zawsze zniknęły z każdej możliwej powierzchni. Czy to wchodzi w grę? Czy to nadal jest gra? Jeżeli tak, to ile monet mam wrzucić, aby dotrwać do końca i w spokoju obejrzeć końcowe napisy? Czy wzrok nie odmówi mi posłuszeństwa? Wejrzę.
Ileś znaków przestankowych, z reguły użytych nie tam gdzie trzeba. One najlepiej umiejscawiają się na przystankach, później ciężko je odnaleźć. Weź to wszystko wytnij wzdłuż nieprzerywanych linii. Pozaginaj wzdłuż tych zakropkowanych. Nie przejmuj się śladami kleju, już są naniesione. Połącz wszystko ze sobą – masz mnie. Wejrzę.
Spoglądam w niebo. Gdzieś tam, osnute chmurami, jest coś, czego dzisiaj nie dostrzegę. Ani w pojedynkę, ani w pojedwójkę. Zauważam za to bańki mydlane startujące z balkonu na parterze. Nie mój balkon, nie moje dziecko, bańki nie moje, nic nie jest do końca moje w tym życiu. Do mnie należą tylko rozmazane powidoki świateł pozostawione przez nowoczesne motocykle. Japońskie maszyny dosiadane przez japońskich jeźdźców. Uciekam, zanim któryś się we/do mnie nie włamie.
Przez telefon rozmawiać nie umiem, pewnie już o tym pisałem. W skrócie: często tracę wątek, nie umiem znaleźć odpowiednich słów, krzyczę do aparatu, jakbym chciał, żeby usłyszał mnie ktoś bardzo oddalony. No niby tak jest w istocie, ale telefon jest między innymi po to, żeby właśnie tego głosu nie podnosić. Do galerii dźwięków, które elegancko rozpraszają moją uwagę, dołączył ostatnio kolejny. Jak dotąd najbardziej rozmowa ze mną wykrzaczała się podczas gdy w głośniku oprócz rozmówcy słyszałem też samego siebie z opóźnieniem, oraz gdy w tle rozlegał się nagle sygnał przychodzącej wiadomości lub nadchodzącego połączenia. Mój nowy rozpraszacz rozmówczy to odgłos towarzyszący zaciąganiu się e-papierosem czy innym świństwem. Zupełnie jakby ta druga osoba była podłączona do jakiejś skomplikowanej aparatury podtrzymującej życie. Jak świsto-szum mechanicznych miechów wtłaczających do nieczynnych płuc porcję powietrza. Przysięgam, że jak tylko znajdę chwilę czasu (hahaha), to poszukam jakiejś aplikacji zniekształcającej głos na podobieństwo syntezatora mowy a la wczesny Stephen Hawking, i przypiszę ją osobom z mojej listy kontaktów, które dzwoniąc do mnie z upodobaniem ssą świecące długopisy.
Zaczął się rozpadać jeden z moich trekkingowych butów. Muszę zaznaczyć, że przy moim rozmiarze stopy (46,47 – zależnie od producenta) jak już uda mi się kupić buty z których jestem w pełni zadowolony, to praktycznie z miejsca stają się one moimi butami-cztery-pory-roku. Te wytrzymały prawie trzy lata, zachodziłem je. Mam oczywiście też buty „zimowe” (trekkingi za kostkę) i kilka par butów „letnich” (tenisówki), są też takie pełniące rolę wyjściowych – produkt martensopodobny, niewygodne jak cholera. Ale gdy padną 4-seasons, to tak, jakbym nagle nie miał w czym chodzić. Z miejsca zamówiłem podobne tej samej marki licząc na to, że skoro numerację mam już obcykaną, to obejdzie się bez przymierzania. Gdzie tam, przyszły takie, do których oprócz stopy mogłem jeszcze wsadzić… no, coś do wsadzania, długopis na przykład. Odesłałem, w innym sklepie zamówiłem ten sam model numer mniejszy, za to nawet ładniejszy. Za małe No, prawie dobre i niemalże nie uciskają. Zwłaszcza lewa stopa jest bardziej poszkodowana, już kiedyś zauważyłem, że jest trochę większa od prawej. Ale rozchodzę je, Odyn mi świadkiem, nie spocznę, dopóki nie będą jak ulał. Chyba, że po drodze gdzieś umrę, bo sam/sama spróbuj
Szedłem sobie spokojnie szlakiem dawnych miejsc. Kiedyś nie umiałem spokojnie chodzić, teraz, gdy czasy bardziej niespokojne, po co jeszcze dokładać chłód chodu? Maj zimny, nie taki jak pamiętam. Pluły drzewa, szedłem zapalić. Tam był trzepak, tam mieszkał kolega, którego mama była dozorczynią – wtedy wydawało mi się to obciachem, tak wychowywali mnie rodzice, utwierdzali w przekonaniu, że już jestem kimś lepszym, a dopiero kiedyś to hoho będę KIMŚ. Rodzice – kolejne cegiełki w murze, jak się okazało… Tam było moje liceum, dziś opuszczony budynek, trochę szkoda. Szkoła może nie była zbyt prestiżowa, ale budynek i teren przepiękne moim zdaniem. Tam czailiśmy się na Litzę z Acid Drinkers, który podobno kogoś miał odwiedzić. Tam mieszkał ten, a tamten nadal tu mieszka. Nigdy ta, tamta. Czy minęliśmy się tego dnia na ulicy? I tak pewnie byś mnie nie poznał przez maseczkę na masce. W nich wszyscy jesteśmy ładni. Dzielnica miejscami przypomina zapomniane przez Boga miasteczko, żywcem wyjęte z prozy Kinga. Przecięcie się w punkcie wspólnym z linią Czarnobyla. Nie omieszkuję opisać to w SMS-ie do mieszkającego tu gdzieś tamtego. Wiadomość wysyłam w kosmos, kosmos nie odpowiada.