Nadchodziły te wszystkie przełomowe momenty, a ja rozpływałem się w słońcu, niknąłem w porannym dymie, chowałem się za psychodelicznymi koszulami. Ludzie zawsze dokądś biegli, mieli coś do załatwienia, ja natomiast patrzyłem gdzieś w bok i szukałem dla siebie takiego miejsca, aby moje nogi nie dotykały ziemi. Pachniał chodnik, tryskało drzewo, skrzypiał tramwaj. Chudłem, marzyłem, wsłuchiwałem się w rozmowy pierwszych ptaków. Nikogo nie ubywało, więc wytłumacz mi proszę, jak to możliwe, że stawałem się coraz bardziej samotny? Mieszkałem w kilku domach. Próbowałem wypełnić je dźwiękami, bo pomiędzy słowami zostawało sporo miejsca. Najbardziej polubiły mnie przedpokojowe lustra, ich zainteresowanie mną nie miało drugiego dna. Bez symbiozy, bez dobrodziejstwa inwentarza. Chyba przez cały czas się czegoś bałem, ale któregoś dnia czesząc się uszkodziłem swój układ współczulny. Grzebień napotkał opór, ciągnąc musiałem coś przesunąć, coś, co nie wróciło już na swoje miejsce. Moje włosy istniały chyba tylko w tym celu.
rozbrykany rożek trzysta piętnasty
Późne popołudnie, albo wczesny wieczór. Niebo ledwo letnie. Róg olbrzymich ulic, miło oświetlony bar. W środku bawią się policjanci – to znak, że wszystko jest okey. Tylko te niepokojące rysunki kredą na chodniku, różnymi kolorami. Jakby gwiazdki i księżyce, dziecinną ręką. Jakby. Tylko ten drewniany słup energetyczny i przyczepione do niego ogłoszenie – „Zaginęły: dwa miesiące”.
jaDę
Nikt niczego nie napisał na moim samochodzie. Ostatnie spojrzenie w niebo. Dziś jest afrykańskie, niepoprzecinane samolotowymi smugami. Gdy ruszam, nic się za mną nie tłucze, niczego nie ciągnę. Z rykiem mijam cmentarz, ale umarli nie wstają tego wieczora z grobów. W lusterku jakiś ruch na tylnym siedzeniu, gdy nie patrzę. Gdy patrzę, widzę tylko pustą drogę.
skejps
Czas się skraca. Nawet nie przyspiesza, po prostu jest go mniej. Nawet nie ilościowo, przestrzennie jest go przecież jakby więcej. Odczuwalnie za to mniej. Ósma godzina. Druga kawa. Nie zalegam na sofie z książką, zalegam już z kilkoma ważnymi czynnościami. Takimi jak gotowanie na przykład, gotowanie jest bardzo ważne. Trzeba jeść, aby żyć. Wypadałoby napisać też CV, bo produkty które można ugotować mogą wkrótce podzielić los czasu i jakby nie dojrzeć jeszcze do spożycia. W każdym razie ja nie dostrzegam… problemu? Tak jakby. Poza tym zgłaszam brak zadania. „Zadanie na dzisiaj: będę szukał pozytywów, które postaram się spisać i opisać” – tak napisałem komuś z osiem dni temu. I lista ta wciąż nie powstała. Siadaj, pała. Czas szkolny przestał istnieć, co utrudnia życie na wielu płaszczyznach. Nie wiem, kiedy poprawię tą ocenę. Tę? Kapciem, profesorze. Dziś nadrobię aktywnością. A więc podnosi na duchu fakt, że są tam ludzie.
ołwa


cofka
Mój świat dziecinnieje, historia zatacza koło. Gdzie się zaczęło, tam się skończyło. Wracam do domu trasą sentymentalną, celowo, bo nie wiem kiedy znowu będę miał okazję tędy iść. Gdy byłem mały z wypiekami na twarzy oglądałem w kolorowych magazynach muzycznych okładki metalowych zespołów. Na moją wyobraźnię najbardziej oddziaływały nie smoki i demony, ale naznaczone nuklearnym zagrożeniem postapokaliptyczne wizje. No to teraz mamy tak na codzień. Każdy mijany starszy mężczyzna z siwym zarostem wystającym spod maski może być Piotrem Machalicą. Kobiety pod maskami są tylko i wyłącznie piękne. Duszę się, w parku pozwalam sobie zaczerpnąć powietrza odsłaniając przez chwilę nos i usta. Czuć wiosnę. Zabraniają nam jej wąchać. Jak nie wirusy, to alergie. Już od samego tego drugiego można oszaleć. Gdy trochę później ponownie wciągam niefiltrowane powietrze, czuć w nim już tylko spaliny.
edward pot
zza pazuchy sięgam
DNA podwójne
spomiędzy ogniw dobywam królika z pisankami
mylą mi się święta, mało kto pamięta
Leng przestrzeni
Siadam z kubkiem kawy na balkonie i spoglądam w kierunku gór. Nie widzę ich, ale to nie znaczy, że ich nie ma. A może widzę je, pomimo tego, że ich tam nie ma? Gdzieś jakieś góry są z pewnością. To tak, jak z tą godziną siedemnastą. Nie dopijam, chłód mnie przegania z balkonu. Wieje, jak to w górach.
tele WON!
Z niechęcią patrzę na telefon. Ostatnio i tak służy mi głównie do odpalania muzyki ze spotify na domowym zestawie stereo nie najwyższych lotów. Nie najwyższych, ale do słuchania podczas gotowania dwóch zup równocześnie jak znalazł. A patrzę z niechęcią, bo nienawidzę większości ludzi którzy są po jego drugiej stronie. Czasami muszę przeprowadzić rozmowę taką jak dzisiaj i jestem wręcz chory na samą myśl. Nie potrafię wykłócać się o swoje. Nie jestem w stanie być jednocześnie twardy, stanowczy i chamski, choć czasami trzeba. Już bym wolał odpuścić, niech będzie moja strata, ale obym więcej nie musiał słyszeć, albo co gorsza widzieć szmaciarza z którym zmuszony jestem rozmawiać. Mój ojciec też nie potrafił, ale zmuszał się, a potem długo dusił w sobie wszystkie towarzyszące temu negatywne odczucia. Ja się zmuszam mam nadzieję po raz ostatni, a potem – srał to pies, kij w nerę, chuj w dupę Stefce. Nie wychodzi mi też pocieszanie, wybacz mamo, ale twoje problemy naprawdę nie są nawet w połowie tak poważne, jak ci się wydaje. Wychodzi na to, że jestem ten zły i nieudany. Ojej, naprawdę? Czekaj, przypomnij mi proszę, gdzie ja to mam? Aha, no tak – W DUPIE. Taki dziś jest dzień, taki dziś jestem ja. Tak jest przeważnie. Telefon leży tuż obok, spoglądam na niego z niechęcią. Telefon odwzajemnia spojrzenie.
wompierz
Uciekam więc, ale nie po kocich łbach. Na kocich łbach zjadłem wszystkie zęby, które sobie wybiłem. Próbowałem je zastąpić kocim pazurem, ząb za ząb. Nie wyszło, jak prawie wszystko, więc wychodzę ja. Jak zwykle po ciemku, kiedy słońce ma jeszcze chwilę dla siebie. Musi być jakaś sprawiedliwość, jakaś harmonia, równowaga w przyrodzie, balans balastu. Skoro ja mogę, musi móc też ono, bynajmniej nie Yoko. Przeskakuję więc z szali na szal w osobistym kolorze, bosa stopa ślizga się po obłych dachówkach. Usta neutralne, wracam do siebie (?).