Uciekam więc, ale nie po kocich łbach. Na kocich łbach zjadłem wszystkie zęby, które sobie wybiłem. Próbowałem je zastąpić kocim pazurem, ząb za ząb. Nie wyszło, jak prawie wszystko, więc wychodzę ja. Jak zwykle po ciemku, kiedy słońce ma jeszcze chwilę dla siebie. Musi być jakaś sprawiedliwość, jakaś harmonia, równowaga w przyrodzie, balans balastu. Skoro ja mogę, musi móc też ono, bynajmniej nie Yoko. Przeskakuję więc z szali na szal w osobistym kolorze, bosa stopa ślizga się po obłych dachówkach. Usta neutralne, wracam do siebie (?).
przeskok w czasie ciężarówkowym
Przez chwilę było tak jak dawniej. Pakowanie ciężarówki bladym świtem. Przytrzaśnięte palce, na nich brud. Długa trasa gdzieś tam. Usypiające trajkotanie kierowcy. Uśmiecham się pod nosem do niektórych wspomnień. Mijamy praktycznie martwe miejscowości. Ani śladu policji, w jedną i w drugą stronę. Na miejscu rozładunek, jeden kieliszek wódki i szybkie piwo. Co prawda nie ma jeszcze południa, ale gdzieś na świecie z pewnością panuje już wieczór. W drodze powrotnej na chwilę opadają mi powieki, jadę ze spuszczoną głową, co nie przeszkadza kierowcy w dalszym snuciu swoich opowieści. Ileż razy przerabiałem kiedyś ten scenariusz… Miło było na chwilę poczuć tego namiastkę, ale mimo wszystko cieszę się z pewnych decyzji, które musiałem podjąć. Nigdy więcej, raczej.
pewnego razu zwolniony
Świat zwalnia dla mnie tylko niekiedy. Wtedy jest przyjemnie, czuję się mniej dzielny. Przypominają mi się niedziele z dzieciństwa. Większy bezruch, mniej wszystkiego. Samochodów, ludzi, dźwięków. Z kolegą rano niby do kościoła, a tak naprawdę gdzie nogi poniosły. Przerżnąć na fliperach (dla osób z innych województw: na automatach) to, co na ofiarę. Potem zależnie od pogody, ale najlepiej tam, gdzie kończyła się wówczas cywilizacja, popatrzeć trochę w pustkę. Poprzecinane drutami wysokiego napięcia pola, na horyzoncie jakieś większe zabudowania. Pewnie fabryka, ale wśród nas krążył mit, że to szpital dla wariatów. Myślę, że ci, którzy patrzyli stamtąd w naszym kierunku mogli myśleć to samo o ostatnich zabudowaniach dzielnicy. Potem do domu, niedzielny obiad, raz w tygodniu wszyscy przy stole. W telewizji Robin Hood czy później inny MacGyver, wieczorem Disney, końcowe napisy ustępowały miejsca smutkowi przedszkolnemu. W międzyczasie stałem na balkonie i patrzyłem jak nic się nie dzieje.
klałdi klałn
Dobry żart, to wszystko wokół. Dowcip z porannej gazety, krotochwila po włączeniu jakiegokolwiek programu telewizyjnego, psota podrygująca w rytm odchyleń membrany głośnikowej odbiornika radiowego. Ale żeby figle płatała roleta we własnym oknie, która po odsłonięciu ukazuje zimowy pejzaż w niemalże kwietniu… Nie lubimy takich wygłupów w poniedziałkowy poranek, kiedy jeszcze się nie obudziliśmy, ale już stoimy z kubkiem w dłoni.
kluczę
Diane, wczoraj i przedwczoraj, a może już wcześniej nawet, nie wiem, bo czas się rozciągnął, w każdym razie wczoraj i przedwczoraj, a może już wcześniej nawet, nie wiem, bo czas się rozciągnął, w każdym razie wczoraj i przedwczoraj, a może już wcześniej nawet, nie wiem, bo czas się rozciągnął, w każdym razie… Diane, w każdym bądź razie. W każdym razie bądź. Diane, wczoraj i przedwczoraj nosiłem po kieszeniach cztery komplety kluczy i dwa piloty do dwóch różnych bram. W pewnym momencie naprawdę już nie wiedziałem co i czym otwieram. Tyle kluczy, a żadnego niebieskiego. Cisza!
dojrzały kapswan
Dziwnie spokojnie podchodzę do tego niespokojnego okresu. Chyba po części jest tak dlatego, że przyzwyczaiłem się już, że w zasadzie od dwudziestu lat w moim życiu nic nie dzieje się gładko i normalnie. Raczej zawsze jest do góry nogami, na wspak, pod górkę i niewesoło. A być może jest tak, bo jestem popierdolony. Jakąś winę ponosi za to też łazienkowy zew, ale to jest w sumie trochę powiązane z tym ostatnim. Łel… Nie pracuję od dwóch tygodni i nie będę pracował jeszcze przez miesiąc. Paradoksalnie chodzę bardziej zmęczony niż zazwyczaj i mam jeszcze mniej czasu już nawet nie dla siebie, ale dla bliskich. Bo oczywiście musiało się na to wszystko nałożyć jeszcze parę grubszych tematów, jak generalny remont u mojej mamy oraz mojej mamy wyprowadzka na czas trwania prac. U nas nie chciała zamieszkać twierdząc, że nie będzie się czuła swobodnie ze swoimi przypadłościami (bezsenność, częste wizyty w toalecie), ale coś mi mówi, że niejaką rolę odgrywają w tym też papierosy, których u nas nie mogłaby palić, o nie, co to, to nie. Rzutem na taśmę w jeden dzień załatwiłem jej piękną kawalerkę w okolicy. W parę godzin! Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą…
Mniej czasu dla syna, który nie daje po sobie poznać, ale chyba źle znosi naukę w domu i wszystkie te informacje o kolejnych zarażonych i zmarłych, które gdzieś tam wyłapuje. Ale parę dni temu, kiedy był totalnie wiosenny dzień, wybraliśmy się na rowery i zagraliśmy w badmintona. W końcu mam godnego przeciwnika w tej jedynej dyscyplinie sportowej z którą jako tako sobie radzę.
Starzeję się, zmienia się wszystko wokół mnie, zdaje się też, że zmienia się tam, gdzie mój wzrok nie sięga.

bravissimo
opad wszystkiego
Dzwonię do znajomego. Szczerze go nie trawię i dostaję drgawek i migotania przedsionków gdy jego imię wyświetla się na moim telefonie. Branżowa legenda, ucieleśnienie oszustwa, kwintesencja popeliny. W przeszłości jednak zdarzało się nam współpracować i szczęśliwie udało mi się wyjść z tego cało. Okupione to było z mojej strony nieprzespanymi nocami podczas których układałem strategie obronne które poradziłyby sobie z jego makiawelizmem. A więc dzwonię do niego (nie ukrywam – z pobudek egoistycznych), wesoło zagajam „co tam słychać w branży”, w odpowiedzi słyszę, że w nocy podczas porodu zmarł mu syn. Potem płacz i niewyraźne „może kiedyś zadzwonię”. Uginają się pode mną kolana, język kołowacieje, plotę coś o kondolencjach i składam życzenia sam nie wiem czego. Rozłączam się i potrzebuję chwili, aby dojść do siebie. Nie jestem mądrzejszy niż byłem przed wykonaniem tego telefonu, ale tak sobie myślę: czy kryzysy będące następstwami wszelakich wirusów (i na odwrót) rzeczywiście są takie ważne?
niewiadomy
Pustka w głowie. Staram się jakoś za bardzo nie myśleć o tym wszystkim co się dzieje wokół, a zwłaszcza o tym, co się dziać będzie. W przeciwieństwie do na przykład mojej żony, która chodzi jak zombie i przejmuje się za mnie. Tym się właśnie też różnimy, ja zawsze wychodzę z założenia, że jakoś to będzie, ona raczej lamentuje „co to będzie, co to będzie”. Tak więc niby się nie przejmuję, ale jestem jak otępiały. W sumie to jestem taki przez większą część dorosłego życia. Zawsze się bałem codzienności i uciekałem od niej, więc czemu teraz miałoby być inaczej?
jazda jazda czarna gwiazda
Nie wyłączajcie mi światła! Zwłaszcza teraz, gdy mam ciekawą książkę i nauczyłem się jak być częściowo szczęśliwym. Na zewnątrz wzmożony ruch pojazdów wojskowych a ja wydaję z siebie dźwięki z dzieciństwa. Coś jakby gwizd przez zęby połączony z pierdzeniem warg. Tak się nawoływaliśmy pod blokiem. Gwizdać tak porządnie, na przykład na palcach, nigdy się nie nauczyłem. Ale i tak jestem lepszy od mojego kolegi, który potrafi zagwizdać jakąś melodię, ale tylko do tyłu, cały czas nabierając powietrza.
A teraz przemawiać przeze mnie będzie Matka Abigail: a co, jeśli wszystko to dzieje się nie bez przyczyny? Te słoneczne poranki są po to, aby uzmysłowić nam, co możemy zaraz stracić, a te pochmurne i porywiste wieczory abyśmy o tym olśnieniu nie zapomnieli?
A teraz Randall Flagg: dajcie tu jeszcze więcej górskich smoczyc!