chór wujów

Wieje. Porywa po drodze różne rzeczy. Zrywa dachy, przerywa życie. Albo, tak jak w moim przypadku, przywiewa skądś zamarznięty ul i instaluje mi go zamiast głowy. Szaleństwo skute kruchym lodem. Suchym? Wszystko to tylko dym i lustra? Nie wiedzieć skąd pcha mi na usta słowa wypowiedziane do pustego mieszkania. No właśnie. Zanim zechcecie gadać do siebie, upewnijcie się dokładnie, czy aby napewno jesteście sami. W przeciwnym wypadku możecie poczuć wcale nielekkie zakłopotanie, jak ja wczoraj, gdy żona zdążyła na końcówkę dialogu, którego prowadziłem z kilkoma osobami na raz, w tym z samym sobą, z nią zresztą też. Na całe szczęście usłyszała tylko jedno słowo – „chujowo”. Wypowiedziane nieco podniesionym tonem.

szawa i kampan

W tym przypadku zawsze będę po drugiej stronie barykady: syn jest aż chory na myśl o powrocie do szkoły i już wyczekuje wakacji, ja mam problemy z ukryciem radości jaką wywołuje u mnie koniec ferii zimowych. Normalnie już wczoraj wieczorem miałem ochotę wystawić mu plecak z książkami na klatkę schodową. Zdaje się, że nawet głośno o tym mówiłem. Zły tata. Tak, czasami budzi się we mnie człowiek-skurwiel. Więc aby pozostawał uśpiony, potrzeba mu więcej ciszy. A tę jest w stanie zapewnić tylko przedpopołudniowa pustka mieszkania. Oczyszczam się z brudów dorosłości,  z błędów wczesnej i późnej młodości, z pomyłek sprzed niespełna kilku dni. W sobotę przedawkowałem alkohol, choć na zewnątrz nie było tego widać. Raczej. Osiągnąłem chwilową nieśmiertelność, umarłem dopiero dzień później. Naprawdę nie mam już dwudziestu lat, o czym zdarza mi się nie pamiętać. O czym wolę nie pamiętać. W każdym razie mimo wszystko jakoś przetrwałem. W niedzielę rano nadrabiałem miną i sprawnością fizyczną, bo gdy dzieci śpią, można czasem i w ten sposób uciec przed rzeczywistością. Zastanawiam się, czy popęd który czuję na kacu nie jest aby wynikiem tego, że organizm robi wszystko, aby przedłużyć gatunek w chwili zagrożenia…

Puk, puk, jajeczko stuk – jak nucił pod nosem niejaki Smutny w czasach, gdy wstydziłem się nosić ze sobą telefon komórkowy. Krzątam się więc niespiesznie, bo wyszarpałem potworowi zwanemu życiem te parę godzin z gardła. To moje małe zwycięstwo które powtórzę też jutro. Zamiast szampana – kawa.

wschóra

Podróż na wschód zaplanowałem… parę dni temu. Dzień przed wyjazdem nie mogłem usnąć. Jak stara baba snułem jakieś wizje, w których rozpędzone ciężarówki taranowały nasz samochód. Wstałem niewyspany, żadna nowość, wziąłem dziedzica i pojechaliśmy w góry. Jak na amerykańskich filmach, ojciec i syn, sami stawiający czoło siłom natury. Tylko tam najczęściej wszystko kręci się wokół namiotu, łowienia ryb i uciekania przed niedźwiedziem, tutaj największy survival odchodzi głównie na parkingu.

W każdym razie pojechaliśmy. Przed wyjściem jeszcze posprzątałem wszystko ze zlewu, włączyłem zmywarkę, starłem kuchenny blat, wyrzuciłem śmieci z dwóch kubłów i do obu wsadziłem nowe worki. Jak stara baba przeczuwająca rychłą śmierć stwierdziłem, że skoro mogę nie wrócić, niech chociaż zostawię po sobie porządek. Moja żona ma chyba podobnie w takich sytuacjach, tylko ona zaklina rzeczywistość depilowaniem nóg. Bo przecież jakby się coś stało, to jakby to wyglądało, gdyby jakiś lekarz na miejscu wypadku rozciął jej spodnie i zobaczył (wysokie tony skrzypiec wysokie tony skrzypiec wysokie tony skrzypiec)… włosy!

Dojechaliśmy bezpiecznie, skoro piszę te słowa, to także wróciliśmy. Chociaż w drodze powrotnej na światłach w przysłowiowej Mszanie Dolnej otrąbił mnie jeden pan, bo zgasł mi silnik. Na zielonym! I nie mogłem ruszyć, bo nie słyszałem, że nie wrzucam jedynki. Chyba nie jestem gotowy na słuchanie muzyki w samochodzie, nie to doświadczenie. Pan mnie wyminął, czy tam ominął, pasem który na to nie pozwalał, wesoło trąbiąc przy tym. Ja ruszyłem sekundę za nim, również nonszalancko używając klaksonu. Takie pozdrowienie kierowców na polskich drogach. Jego „Hej, chyba masz kłopoty, uważaj, wyprzedzam cię, powodzenia!”.  I moje „Dzień dobry! Już ruszyłem, udało się, wszystko w porządku, miłego dnia!”.

A góra, górka nawet, pokonała nas niestety. Nie tyle sam szczyt (szczytek), co warunki atmosferyczno-przyrodnicze. Normalnie wbiegamy na nią z zamkniętymi oczami, na jednej nodze, w dodatku tyłem, tym razem nie szło iść. Ale i tak, przez chwilę byłem tam, nie sam. Każdy ma takie Rivendell, na jakie sobie zasłużył.

IMG_20200205_121042

spaćać

Moje łóżko podnosi ciśnienie. Zmęczenie ustępuje w momencie ułożenia głowy na poduszce. Gdy już wymęczę te kilka godzin przerywanego snu, śnię o nieudanej wycieczce rowerowej. Pompuję sflaczałą oponę, gdy nagle pojawia się twarz klauna Pennywise’a, rosnąca z każdym ruchem pompki. Rośnie, rośnie, aż w końcu eksploduje w fontannie, a jakże, krwi. Budzę się, bo jakżeby inaczej w takim momencie? Zastanawiam się, co mieszka pomiędzy fałdami naszych mózgów, co każe nam śnić coś takiego?

dalek

Coraz mniej mnie. Coraz bardziej nie dla mnie. Czerwienieję w zalewie. Sinieję tknięty łuną. Kameleon wbrew otoczeniu. W pustym orkiestronie kreślę batutą znaki zrozumiałe tylko dla mnie. Wszędzie dobrze, ale na bezludnej wyspie najlepiej. Albo w latarni morskiej. W stacji badawczej na Antarktydzie.

(ab)synt

Czuję się jak duch. Przenikam ściany i województwa. Zajmuję się rzeczami nieistotnymi, czyli sobą. Nie mam gorączki, do czerwoności za to rozgrzany jest telefon. Głównie jednostronne rozmowy, nikt nie jest zainteresowany. Ludziom jest źle, w przeciwieństwie. Jestem kocim Midasem pozostawiającym po sobie cztery złote odciski.

hu!

Centrum handlowe w biedniejszej dzielnicy. Ludzie bardziej nijacy, sprzedawcy bardziej niewyjściowi. Czuję się na miejscu. Dziwi tylko powierzchnia zajmowana przez gastronomię: KFC, chińczyk, kebab, Olimp, sushi, dwie piekarnie, dwie cukiernie. Pół dzielnicy się tu chyba stołuje. Jeszcze bardziej dziwię się, że jeszcze nie ma południa, a ludzie jedzą, dzikie tłumy. Co jest, kurwa? Nikt już w domu nie gotuje, czy jak? Nie jada się już śniadań przed wyjściem do pracy, że o jedenastej trzeba wciągnąć kebsa albo kurczaka w cieście kokosowym? Biedniejsza dzielnica, uboższe sklepy, mniejszy wybór. Tylko na parkingu jakby bez różnicy, samochody przeważnie dobre i w miarę nowe. W sumie nie znam się, nieistotne, tak jak i cała ta galeria, z całą tą wiecznie zapłakaną dzielnicą. Idę na tramwaj, przyjeżdża ten nowoczesny, szkoda. Nieadekwatnie. W środku stoję obok młodego chłopaka z jakimś ciężkim tikiem nerwowym, albo innym zespołem nie wiem czego. Słyszę go mimo dousznych słuchawek, co jakiś czas wydaje z siebie głośny, niekontrolowany dźwięk, jakby pohukiwał. Widzę spojrzenia innych pasażerów. Tak sobie myślę, jakie on musi mieć życie. Tak sobie myślę, że moje chyba nie jest najgorsze.

ełejk

To śmieszne uczucie, gdy wstajesz rano, a twoje dłonie nie mogą sobie poradzić z otwarciem nowej butelki wody mineralnej. Nacinasz zakrętkę nożem, ale nadal nie dajesz rady. Poddajesz się, nalewasz kranówę. Choć mówią, że można ją pić, jakoś nie chcesz w to wierzyć. A więc lekarstwo popijasz syfem. Kładziesz się jeszcze, choć boli cię kręgosłup. Śmieszne uczucie. Haha.