Do pewnego momentu jedynie tkwił. Później już kwitł.
miejsce
Wręczają sobie nagrody, zajmują miejsca. I ci, co przyszli – zasiadają, i ci, co ścigają się. Po coś, o coś. Wszyscy wybitnie umiejscowieni, poza mną. Na czarno, w cieniu, żeby wtopić się w otoczenie, pozostać niezauważonym. I tak od lat. Może właśnie to doprowadziło do tego, że tak naprawdę nie mam pojęcia, do jakiego miejsca należę. Teoretycznie mógłbym wskazać gdzie powinienem się znaleźć, ale co to w ogóle oznacza? Zwłaszcza, że o wiele łatwiej odnajduję się tam, gdzie bym chciał. Być może masz rację, Diane, przecież do tego mogło by w ogóle nie dojść. Wystarczyło by, abym doczekał się wtedy na ten tramwaj.
najdłuższy dzień w roku
Mylą się wszyscy. I nadworny astrolog, i ukryty w swej piwnicznej pracowni alchemik, i mag zamknięty w komnacie na szczycie wysokiej wieży. Myli się cała ta trójca, a może jest to jedna potężna osoba, nie wiem, w każdym razie nie ma racji. Tkwią w błędzie doradcy, nie ma pewności królewski błazen, najwyższy kapłan pogubił się w soich obliczeniach. Cały dwór się pomylił, prawda wywiodła go w pole. Najdłuższy dzień w roku ma swój początek dzisiaj, a trwać będzie jakieś czterdzieści osiem godzin. Może nawet pięćdziesiąt, albo i jeszcze więcej. Tę oczywistość odkrył kot wspomnianego w trzech osobach czarodzieja. Krążył przez nikogo nieniepokojony po całym zamku i jak to kot – tu podsłuchał, tam podglądnął. I chociaż z nikim nie podzielił się tą informacją, to nie był jedynym zwierzęciem w królestwie, które poprawnie rozszyfrowało tajemnicę najdłuższego dnia. Ale to już zupełnie inna historia.
prycham
Dziś prysznic nie leczy. Dusi, kaleczy. Zwodzi gorącem i poczuciem bezpieczeństwa, którego nie można ze sobą zabrać. Dopisać do listy wynalazków na już-teraz-natychmiast, obok czarodziejskiej różdżki: przenośna kabina prysznicowa.
pewnego razu
Za każdym razem… Moment, zaraz, chwileczkę. Czym właściwie jest każdy raz, skoro każdy raz jest inny, powtarzalny jedynie w metronomie? Dziś przegrałem z całym światem, jutro wygram ze sobą. Teraz oszukam się czym popadnie, jutro wyjawię całą prawdę. Czy coś się tak naprawdę zmieni? To znaczy zmieni się z pewnością, to już sobie wyjaśniliśmy niepowtarzalnością razów, ale czy zmiana ma… Nie, no tak. Ma z pewnością sens, bo on gdzieś przecież musi leżeć. Spoczywa gdzieś poza zasięgiem wzroku, pozostawiony w pośpiechu obok tych wszystkich drobnych przedmiotów, które spadają nam na ziemię i nawet słyszymy gdzie uderzyły i dokąd się przesunęły, ale gdy patrzymy, to ich tam przecież nie ma, zniknęły w jednej z randomowo pojawiających się czarnych dziur w rzeczywistości. Tak więc za każdym razem…
nieherbowy
ta kawa wymierzona jest prosto w serce
migawka
Czekam na ciszę. Trochę jak nauczyciel w klasie. Powietrze gęste od papierowych kulek, na każdej z nich nabazgrany zapis myśli. Niektóre spadają na ziemię. Podnoszę, rozprostowuję, ale kleksów atramentu nie da się odczytać. Wiem co wtedy myślałem, ale jest to nie odtworzenia. Albo może nie wiem, co miałem na myśli? To nie do pomyślenia. Czekam na ten moment, kiedy zasiądę w fotelu którego nie mam, boso, a po podłodze walać się będą okładki różnych płyt. Gdy przyjdzie odpowiedni czas nie omieszkam dać znać.
niebieskie światła
Piękne niebieskie refleksy nocą, gdy wychodzę. Takie same, choć odbijające się po innych ścianach, gdy wracam. Czekam, aż niebieskie światła wyjdą do mnie z telefonu.
czarna folia
Umysł obciągnięty czarnym stretchem. Im bardziej się wyrywam, tym ciaśniej się zaciska. Muszą wyrosnąć kolce, żeby wpuścić światło i tlen.
373
– Co masz taki smutny głos?
Bardzo kiepski początek rozmowy. Naprawdę trudno o gorszy. Choć różni ludzie różnie próbowali. „Coś kiepsko wyglądasz”. „Czy wszystko w porządku?”. I dotychczasowy mój faworyt: „Źle wyglądasz, nie wyspałeś się?”. Właściwie po takim wstępie równie dobrze moglibyśmy nie rozmawiać, bo tego typu pytania wytrącają mnie z równowagi do tego stopnia, że i tak nie wiem o czym mówię póki nie ochłonę. Nic to. Idę. Wychodzę z pracy, ale muszę przysiąść na ławce, na której zapadam w sen zimowy. Przez kilkanaście minut jestem gdzie indziej, a właściwie nie ma mnie. Śpię w ciepłej chmurze i śnię o lepszym jutrze, lepszym świecie, lepszym mnie lepiącym się w połowie, jak lep na muchy, lepiej nie mówić. Wybudzam się, na szczęście nie tak znowu gwałtownie, za to z pewnością zbyt wcześnie. Idę. Dochodzę do siebie. Rozglądam się po chodniku w poszukiwaniu czegokolwiek, jakiegoś znaleziska, pamiątki, która poprawiłaby mi nastrój. Jesienią z pewnością znalazłbym jakiegoś ładnego kasztana. Tym razem nie znajduję niczego namacalnego.