szkło

Chodnik. Kwadratowe płyty, niektóre popękane, na tych nie stawaj, to przynosi pecha. W szczelinach między nimi gdzieniegdzie rośnie trawa. Rozsypana szklana układanka. Zieleń butelkowa w kawałkach. Tu szyjka, tam denko, tam reszta. Teoretycznie można by pozbierać gołymi rękami i może nawet się nie pokaleczyć. Krawędzie ostre, nieoszlifowane falami morskimi, piaskiem, ani solą. To nie była butelka z listem w środku, za dobrze by było. Nie było w niej też płynnego słońca, ani modelu żaglowca. Po prostu pusta butelka.

lizanie podłogi

To zimno pojawia się nagle. Wyłazi ze ścian jakby tam mieszkało, jakby w momentach słabości chciało odciąć drogę do tej jedynej dostępnej podpory jaką daje gładka powierzchnia. Nie zemdleć, nie tym razem, jeszcze nie czas. Skoro już leżę, może umyć ci podłogę? Nie mam przy sobie żadnych środków czystości, może chcesz żebym ją wylizał? Tuż przed samym wyjściem czyściłem żyletką kuchenną płytę. Nie dziękuj mi, podziękuj mojemu ojcu. Dzięki, tato. Ja z tego miejsca chciałem podziękować wszystkim. Naprawdę nie sądziłem, że kiedykolwiek się tu znajdę, ale skoro już jestem, to… Oho, wraca. Klatka piersiowa robi się za mała. Palce chowają się do wewnątrz. A może zasnąć na chwilę?

operacja na otwartym sercu

Nie śpię. Nie podano mi wystarczającej ilości znieczulenia. Anestezjolog tylko dziwnie się uśmiecha, w dodatku czuć od niego alkohol. Poza tym czy to aby naprawdę jest lekarz? Ten skórzany płaszcz… Nie wiem. Nic w ogóle nie wiem, odpływam trochę w tej mgiełce nacięć, przyspieszeń, kołatań i zamierań. Słyszę o czym rozmawiają. Czuję dotyk. Po prostu nie jestem w stanie dać im jakoś znać, że nie straciłem przytomności. Wyczuwam ich ruchy na sobie i w środku, nie sprawia to bólu, jestem chyba gdzieś daleko stąd, tym razem odjechałem znacznie dalej niż dociągnięto tory. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że nie zaszyją mi czegoś w środku. Głupio by było tak żyć dalej z czyimś zegarkiem w środku. Albo niedopałkiem papierosa. Może szminką, to już prędzej. Kochana mamo, niedługo stąd wyjdę. Karmią tak sobie, za to w nocy nie da się spać. To znaczy da się usnąć, tylko nie trwa to długo. W ciągu dnia snuję się po prostu korytarzami, mam swoją stałą trasę od automatów z kawą i przekąskami, po przeszkloną poczekalnię na pierwszym piętrze. Rozpościera się z niej ładny widok na las poniżej. Czasami stoję tam i wyobrażam sobie, że ktoś mi towarzyszy i że korony drzew to łagodne morskie fale. Wszyscy są tu dla mnie bardzo mili, może jedynie poza siostrą Mildred. Ale na nią też prędzej czy później znajdę sposób. Na szczęście nie ma jej tu z nami przez cały czas. W nocy gdzieś przepada, a za dnia znikam ja. Wiesz przecież, że potrafię to robić.

przesypuję

w morzu twarzy zastygnąć z niemym wyrazem przerażenia bezsilności zasnąć zaspać obudzić się gdzie indziej ale jeszcze nie za późno zerwać się jak oparzony zdążyć na czas przekonać się że jeszcze nie jest za późno odtąd nie zatrzymywać się stąd dotąd do tej pory było inaczej wiele znaczeń nie przeinaczać już nie inaczej

wskazanie plamy

Mylą mi się już bajki, nie wiem co to za okruch drażnił moje oko przed snem. Kawałek pękniętego zwierciadła? Płatek śniegu? Ziarnko piasku? Poruszało się w przeciwnym kierunku do ruchu gałek ocznych, z pewnością więc było żywe. Mógł to być człowiek, który jakimś cudem utkwił tam, próbując opuścić moją głowę. Próbowałem go wypłakać, nie było to specjalnie trudne. Rano wśród pościeli znalazłem miniaturową szklaną kulę. W środku miała makietę przejeżdżającego przez most pociągu. Gdy się nią potrząsanęło, w odbitym w powierzchni wody obrazie wagonów nie zgadzała się ilość pasażerów.

niestety

Otwieram oczy. O nie, to nadal ja. Jeszcze nie minął ten czas? Wiem, to tylko moja fantazja, moje marzenie o tym, by zrzucenie skóry było czymś prostym i bezbolesnym. Najlepiej, jakby miało ono miejsce podczas zimowego snu, albo snu nocy letniej. Jakiś proces jednak już się zaczął. Wokół mnie coraz więcej łusek, uważnie im się przyglądam, bo łatwo przeoczyć moment, w którym mogą przeistoczyć się w niewielkie buteleczki. Nie potrzebuję teraz wygładzania kantów, muszę być boleśnie świadomy.

pokój bez ścian

Elektryczność podskórna, prąd stały. Te wyładowania widoczne przez zaciągnięte zasłony to nie oglądana późno nocą telewizja. To nie blask uzdrawiających mikstur druidów. To ja, zepsuta ultrafioletowa świetlówka oblepiona komarami. Pulsuję, ściany których nie ma odpowiadają tętnem. Szumi obecność z daleka, dostrajam się.