Pozbyć się tych wszystkich kodów z głowy. Brakuje mi już w niej miejsca. Nie odróżniam pęków kluczy, wszystkie drzwi zlewają się ze sobą. Nie wiem przed którymi stoję i czy już jestem w środku. A może właśnie wyszedłem? Każdy kolejny szyfr przypomina ten poprzedni, złamany jakiś czas wcześniej.
Miesiąc: Wrzesień 2026
rzekomo
mój uśmiech sięga drugiego brzegu
mój uśmiech nie sięga dna
mój uśmiech ma w sobie Twoje DNA
drwa
Drewniany kształt. Tyle mi pozostało, tyle zawsze miałem, tylko nie zawsze sięgałem. Spokojnie czeka, uszyty na miarę. Zawsze. Nieważne w jakim pokoju, daleko czy blisko. Zbierać mu kurzu nie dane będzie, zebrałem go dotychczas za nas dwoje. Ja coraz mniejszy, kształt wciąż pełniejszy. Drewno tak miłe w zapachu, tak czułe w dotyku. Tyle opowieści zamkniętych w słojach. Ja coraz mniejszy, bajek przed snem łaknący.
plung
Nie był to oddychający most, a mimo to czułem jego drgania w płucach.
w linie w kratkę
Trzepot. Drży płomień świecy. Czyje to wspomnienia? Rozdarta kartka papieru. Od dziecka miałem z tym problem, żeby ładnie wyjąć kartkę ze środka zeszytu. Grube bruliony chudły w oczach na podobieństwo zeszycików w trzy linie dla najmłodszych uczniów. Albo tych które miały być do przedmiotów traktowanych po macoszemu. Jak, nie przymierzając, muzyka, czy plastyka. Byłem autorem wielu komiksów, które kończyły się zanim na dobre rozpoczęły. Tak, chyba można powiedzieć, że mogłem być oceniany po okładce. Na dokładkę ma powstać o mnie film biograficzny. Czytałem scenariusz – niewiele się w nim zgadza.
poczekalnianie
– Coś się działo, pani Basiu. Komunikowali ustnie!
sygnał
Przerażony własną odwagą odczytuję ostrzeżenie alarmująco pulsującej czerwonej papryki. W niekończącym się śnie śnię o tym wszystkim co się już od dawna dopiero wydarzy. Nie trzeba mieć ze sobą parasola. Wystarczy cokolwiek, owoc, orzech, cokolwiek – byle okrągłe.
po nie w czasie
Za późno, nie zdążyłem, zaspałem pierwszego, szkoła rozpoczęła się beze mnie, trudno, może w przyszłym roku, ale nie oszukujmy się, nie będzie już takiego września, o ile będzie cokolwiek, z pewnością będą kasztany, nazbieram ich ile wlezie, upcham gdzie się da, po kieszeniach, parapetach i półkach, o ile jakieś będą, jak nie będę miał ich gdzie pomieścić, to będę wkładał je do ust aż szczelnie wypełnią głowę, może wtedy umilknie ten jazgot, wyginą te pszczoły których nie mogę uciszyć żadnym prysznicem, żadną wanną, jakby były wodoodporne, może tylko je drażnię tymi ilościami kawy, ale nie mam już naprawdę czego użyć, nic już nie działa, a jeżeli to tylko na chwilę, bo przecież każde marzenie można spoliczkować, ul ulepi ulica ze wszystkimi swoimi zagrożeniami. z wyciem hybryd na czele.