cztery

Piję czwartą dzisiejszego dnia kawę i nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa w tym temacie. A może ktoś mi zabroni? Niech spróbuje, zapraszam. Niech zatrzyma się serce, niech wszystko stanie się.

świeć

Wygaszam słońca, zapalam uliczne latarnie. Gdy biorę prysznic zawsze włączam boczną lampę, tą z dekoracyjną żarówką. Nie pytaj czemu, nie wiem. To ten sam nawyk, który podczas mycia zębów każe mi puścić wodę w umywalce tuż po tym, gdy wyszczotkowałem górne. Tak jak bym nie mógł za długo wytrzymać w ciszy. Więc może w kabinie z jakichś powodów brak mi światła? Nie wiem. Dziś podczas kąpieli wydawało mi się, że w łazience ktoś mi towarzyszy, kątem oka łowiłem jakiś ruch. Okazało się, że to żarniki w żarówce bocznej lampy randomowo na przemian zapalają się i gasną. Widocznie jej czas powoli dobiega końca.

żebra

Spomiędzy żeber wyrastają usta i błagają o więcej powietrza które wydychasz. Jak zawsze znikąd, z pustki, pojawiają się kleszcze szyte na wymiar i idealnie opinając mój korpus kładą kres coraz głośniejszym prośbom. Każdy mijany kawiarniany stolik, każda szczęśliwa, przystająca zrobić sobie selfie para, każdy skrawek opalenizny, wszystko to mówi mi, ba, krzyczy wręcz na mnie grożąc przy tym palcem, że komu jak komu, ale mnie marzyć nie wolno. Tylko wiesz co, świecie? Szczerze powiedziawszy nie dbam o to. Dlaczego podsuwasz mi wizje, sny, dlaczego pozwalasz na ich stopniowe realizacje? Pomyliłeś się, czy jak? Myślisz, że marzenie można przyciąć, skrócić, wziąć tylko tyle, ile akurat w danym momencie potrzeba? A co z marzeniami, które nie przestają się spełniać, które w dodatku za każdym spełnieniem stają się większe i większe? Że niby mam stanąć z magicznym skalpelem w dłoni i przy każdym cięciu mówić „o, to dobre, to biorę, a tego nie, nie potrzebuję, tamtego z kolei nie wypada” ? Diane, życie często rozpadało mi się u progu wakacji. Pamiętam wyraźnie tego młodego człowieka, który nie przeszedł do następnej klasy, wracał do domu po nieudanym egzaminie komisyjnym po to, by jakoś trwać. Też było gorąco, drzewa pachniały, słuchał nawet tej samej płyty. Pamiętam tego późniejszego świeżo upieczonego dorosłego, który wrócił z innego, lepszego miasta i łykał w pracy łzy, bo jakie miał inne wyjście. Rozgrzany asfalt jak teraz, niewielka ilość snu, ból kręgosłupa w tym samym miejscu. Co może dopisać dzisiaj powoli starzejący się mężczyzna? Całą książkę, całą pierdoloną książkę. Tylko najpierw musi ją porządnie zredagować, ta paragrafowa forma jest nie do przyjęcia.

miejsce

Wręczają sobie nagrody, zajmują miejsca. I ci, co przyszli – zasiadają, i ci, co ścigają się. Po coś, o coś. Wszyscy wybitnie umiejscowieni, poza mną. Na czarno, w cieniu, żeby wtopić się w otoczenie, pozostać niezauważonym. I tak od lat. Może właśnie to doprowadziło do tego, że tak naprawdę nie mam pojęcia, do jakiego miejsca należę. Teoretycznie mógłbym wskazać gdzie powinienem się znaleźć, ale co to w ogóle oznacza? Zwłaszcza, że o wiele łatwiej odnajduję się tam, gdzie bym chciał. Być może masz rację, Diane, przecież do tego mogło by w ogóle nie dojść. Wystarczyło by, abym doczekał się wtedy na ten tramwaj.

najdłuższy dzień w roku

Mylą się wszyscy. I nadworny astrolog, i ukryty w swej piwnicznej pracowni alchemik, i mag zamknięty w komnacie na szczycie wysokiej wieży. Myli się cała ta trójca, a może jest to jedna potężna osoba, nie wiem, w każdym razie nie ma racji. Tkwią w błędzie doradcy, nie ma pewności królewski błazen, najwyższy kapłan pogubił się w soich obliczeniach. Cały dwór się pomylił, prawda wywiodła go w pole. Najdłuższy dzień w roku ma swój początek dzisiaj, a trwać będzie jakieś czterdzieści osiem godzin. Może nawet pięćdziesiąt, albo i jeszcze więcej. Tę oczywistość odkrył kot wspomnianego w trzech osobach czarodzieja. Krążył przez nikogo nieniepokojony po całym zamku i jak to kot – tu podsłuchał, tam podglądnął. I chociaż z nikim nie podzielił się tą informacją, to nie był jedynym zwierzęciem w królestwie, które poprawnie rozszyfrowało tajemnicę najdłuższego dnia. Ale to już zupełnie inna historia.

prycham

Dziś prysznic nie leczy. Dusi, kaleczy. Zwodzi gorącem i poczuciem bezpieczeństwa, którego nie można ze sobą zabrać. Dopisać do listy wynalazków na już-teraz-natychmiast, obok czarodziejskiej różdżki: przenośna kabina prysznicowa.

pewnego razu

Za każdym razem… Moment, zaraz, chwileczkę. Czym właściwie jest każdy raz, skoro każdy raz jest inny, powtarzalny jedynie w metronomie? Dziś przegrałem z całym światem, jutro wygram ze sobą. Teraz oszukam się czym popadnie, jutro wyjawię całą prawdę. Czy coś się tak naprawdę zmieni? To znaczy zmieni się z pewnością, to już sobie wyjaśniliśmy niepowtarzalnością razów, ale czy zmiana ma… Nie, no tak. Ma z pewnością sens, bo on gdzieś przecież musi leżeć. Spoczywa gdzieś poza zasięgiem wzroku, pozostawiony w pośpiechu obok tych wszystkich drobnych przedmiotów, które spadają nam na ziemię i nawet słyszymy gdzie uderzyły i dokąd się przesunęły, ale gdy patrzymy, to ich tam przecież nie ma, zniknęły w jednej z randomowo pojawiających się czarnych dziur w rzeczywistości. Tak więc za każdym razem…

migawka

Czekam na ciszę. Trochę jak nauczyciel w klasie. Powietrze gęste od papierowych kulek, na każdej z nich nabazgrany zapis myśli. Niektóre spadają na ziemię. Podnoszę, rozprostowuję, ale kleksów atramentu nie da się odczytać. Wiem co wtedy myślałem, ale jest to nie odtworzenia. Albo może nie wiem, co miałem na myśli? To nie do pomyślenia. Czekam na ten moment, kiedy zasiądę w fotelu którego nie mam, boso, a po podłodze walać się będą okładki różnych płyt. Gdy przyjdzie odpowiedni czas nie omieszkam dać znać.