Piękne niebieskie refleksy nocą, gdy wychodzę. Takie same, choć odbijające się po innych ścianach, gdy wracam. Czekam, aż niebieskie światła wyjdą do mnie z telefonu.
czarna folia
Umysł obciągnięty czarnym stretchem. Im bardziej się wyrywam, tym ciaśniej się zaciska. Muszą wyrosnąć kolce, żeby wpuścić światło i tlen.
373
– Co masz taki smutny głos?
Bardzo kiepski początek rozmowy. Naprawdę trudno o gorszy. Choć różni ludzie różnie próbowali. „Coś kiepsko wyglądasz”. „Czy wszystko w porządku?”. I dotychczasowy mój faworyt: „Źle wyglądasz, nie wyspałeś się?”. Właściwie po takim wstępie równie dobrze moglibyśmy nie rozmawiać, bo tego typu pytania wytrącają mnie z równowagi do tego stopnia, że i tak nie wiem o czym mówię póki nie ochłonę. Nic to. Idę. Wychodzę z pracy, ale muszę przysiąść na ławce, na której zapadam w sen zimowy. Przez kilkanaście minut jestem gdzie indziej, a właściwie nie ma mnie. Śpię w ciepłej chmurze i śnię o lepszym jutrze, lepszym świecie, lepszym mnie lepiącym się w połowie, jak lep na muchy, lepiej nie mówić. Wybudzam się, na szczęście nie tak znowu gwałtownie, za to z pewnością zbyt wcześnie. Idę. Dochodzę do siebie. Rozglądam się po chodniku w poszukiwaniu czegokolwiek, jakiegoś znaleziska, pamiątki, która poprawiłaby mi nastrój. Jesienią z pewnością znalazłbym jakiegoś ładnego kasztana. Tym razem nie znajduję niczego namacalnego.
pszczoła
Do tramwaju wpadła pszczoła. To zdanie brzmi jak początek jakiegoś opowiadania dla dzieci, albo wyliczanki. I można by pomyśleć, że wleciała drzwiami na którymś przystanku, albo jednym z okien, które pasażerowie wciąż otwierają, mimo napisów informujących o tym, żeby tego nie robić, bo przecież w środku działa klimatyzacja. Nic bardziej mylnego, ten owad wyleciał z mojej głowy. Najprawdopodobniej wydostał się tym uchem, które wiecznie mnie swędzi, albo odetkanym brakiem tabaki nosem. Ponieważ to była moja pszczoła, to jakoś się jej nie bałem, zresztą od razu poleciała gdzieś dalej. Obserwowanie reakcji innych ludzi na bzyczącego pasażera na gapę było dość ciekawym doświadczeniem. Każdy mniej lub bardziej, ale jednak się bał. Niektórzy tylko nerwowo śledzili pszczołę wzrokiem, inni natychmiast sięgali rękami do włosów, jakby upewniając się, czy gdzieś tam nie czai się jeszcze więcej skrzydlatych żądeł. Jedna dziewczyna zmieniła miejsce, nerwowo się przy tym uśmiechając, jakby chciała tym dać znać, że tak, zdaję sobie sprawę z tego, że może to śmieszne, to tylko mała pszczoła, w dodatku pożyteczna i w ogóle, no ale jednak. Zastanawiam się jak sam wyglądam w podobnej sytuacji. Zdarzało się, że z powodu fruwającego w tramwaju zagrożenia wysiadałem po prostu na najbliższym przystanku. Kiedyś nawet z powodu chrabąszcza, co mi przypomniało, że już niedługo zacznie się znowu ten koszmar. W każdym razie wczorajsza pszczoła była moja. Nie zmusiła mnie do przesiadki. Z nia mógłbym dojechać na pętlę.
wieczne poszukiwanie racz im dać
Czy dołączysz do mnie w tym wiecznym poszukiwaniu, w tym samotnym spacerze? Choć mogłoby się wydawać, że gdy już dołączysz, nie będzie on taki samotny. Czy będziemy przez to mniej opuszczeni? Ale przecież nie jesteśmy jakimiś budynkami które można ot tak sobie opuścić. Ja w każdym razie idę. Cały ulepiony z lini papilarnych, spomiędzy których prześwitują malinowe promienie. Stworzony by lepiej chwytać, otaczam się w tym wszystkim jak w mące.
czarna wiosna
Idzie ta czarna wiosna, idzie, łamie i kruszy na swej drodze wszystko co świeże. Kruche gałązki zgniłą zielenią osłabia, otula, aż w końcu łamie. Wygląda jak Buka z Muminków, a w śladach jej stóp rosną majaczące zimnym światłem grzyby. Krople deszczu spływają po niej skwiercząc tak, jakby była gigantycznym żelazkiem, które nie potrafi wyprasować najmniejszej nawet fałdy, za to zostawia po sobie przypalone wzory. Żelazkiem bez duszy, którego kabel sam zaplata się w szubieniczny węzeł. I nigdzie nie ma ptaków, wymarły pijąc brunatną wodę w którą zamienił się deszcz, gdy już ostygł tworząc pomiędzy kolczastymi krzewami trujące kałuże. Czarna wiosna, czarna woda. Woda jak kawa, której nie wolno mi przez jakiś czas pić, a którą i tak ukradkiem popijam. W ogóle niczego mi już nie wolno, i nigdy wolno nie było. Wolno, nie wolno, szybko. Wstań, rób, mknij, podnieś kij, zniknij.
żaluzje II
Oczywiście muszą być żaluzje i rzecz jasna musi padać. Jest kubek z kawą pocięty na plasterki, jakby przepowiednia tego, że od jutra nawet to zostanie mi odebrane. Nie będzie kubka, nie będzie padać, nie będzie żaluzji. Co pozostanie? Coś do utraty tchu, podejrzewam. Zachodzę się na śmierć, ostatni krok postawię tuż za horyzontem, zaraz obok znikającego słońca. Albo może wsiądę ponownie na ten rower, jeżeli nie uda mi się wywrócić to przynajmniej spróbuję zatrzymać to wszystko w ruchu. Nie odsłaniam okien, nie może być tak, że nie będzie żaluzji.
skórka
Obieram pomarańcze. Będę to robił bardzo długo, powoli i dokładnie. Od każdej cząsteczki oddzielam niesmaczne białe pozostałości skórki. Tej czynności przynajmniej towarzyszy bardzo przyjemny zapach. Przy przy. Będę ją przeciągał w nieskończoność. I wszystkie im podobne. Wypełnię pozostałe dni. Szczelnie. Coś poskracam, coś wydłużę. W nieskończoność.
czuję
Diane czuję się tak jak bym był tu po raz ostatni jak bym zaraz miał zniknąć Diane trochę się boję czy masz czasem tak
desperados
Nagły przeskok czasu i przestrzeni. Być może od tej nawałnicy myśli i wrażeń, przeważnie tych niedobrych, choć nie zawsze, być może właśnie to jest powodem, że obraca się tuba kalejdoskopu i wycinki z różnych miejsc i chwil zamieniają się miejscami. Przez mgnienie oka jestem w ciężarówce, czuję zapach podwójnej kabiny, jestem na wylocie z Warszawy, świeci mi słońce prosto w twarz, a w dłoni trzymam butelkę desperadosa. Na moment uchwycony w czasie ciężarówkowym.