znów

Czasami to się dzieje. Ponownie, na nowo, od początku, znowu. Straszy rozdziawiona paszcza zmywarki do naczyń. Schylam się żeby ją zapełnić po raz tysięczny i nic nie mogę poradzić na łzawienie oczu. Coś mi do nich wpadło, to dlatego. Chcę już pozostać taki wiecznie pochylony, bo wiem, że gdy się tylko wyprostuję, to od razu odezwie się do mnie znajomy ból. W dole pleców rzecz jasna, jestem pochylony nad tym problemem, więc nikt nie zauważy nic więcej. Wzruszam się na bzdurnych filmach, ekran rozpyla po pokoju drobinki soli. Serce w ciągu dnia bije częściej niż powinno, owocując przedwczesnym snem. Ściga się z przytomnością i wygrywa. Noc już tylko odcina kupony.

lepsze miejsce

Diane, nigdy nie wierzyłem w te bajki o lepszym miejscu, tymczasem trafiłem w nie zupełnym przypadkiem. Nocami świecą tam dwa księżyce, oglądanie ich z bliska… tego nie da się z niczym porównać. Jak gdyby człowiek nawdychał się robaczków świętojańskich. Wszędzie unosi się zapach mchu i rosy, a jego działanie cofa wskazówki zegara. I tylko drzwi które tam prowadzą otwierają się z trudem i ciężko je za sobą domknąć gdy już się tam jest.

książka

Właściwie, jak to zwykle bywa, jest zupełnie na odwrót. Czytam teraz na wyrywki, by kiedyś być może zgłębić od deski do deski. I paradoksalnie uczę się na pamięć, choć nie znam jeszcze żadnego z zakończeń. Mam tę książkę przez cały czas przy sobie, noszę ją w kieszeni na piersi, tuż obok nożyczek. Nie każdy potrafi je obsługiwać i, jak w przypadku wszystkich nożyczek, lepiej z nimi nie biegać. Służą do wycinania dziur w rzeczywistości. Mogę spokojnie czytać tylko wtedy, gdy uda mi się wyciąć taką dziurę w której się mieszczę z całym bagażem.

załamanie

Spokojnie, to tylko załamanie pogody. To niewielkie pęknięcie w chronologii pór roku. Krach na giełdzie papierów oderwanych z kalendarzy. Śnieg zniknął gdzieś bez pożegnania, zostawił jednak po sobie kasztany, których nie zdążyłem wtedy pozbierać. Poczekam na świeże, nie chcę takich zleżałych. Już niedługo.

niepotrzebnie nakładam drogi żeby ujrzeć to miejsce i upewnić się nie wiadomo w czym w skoro chwilę później pękam kruszę się resztki nazwijmy to silnej woli kamienieją na podobieństwo zwierzęcia złapanego w światła zbliżającego się samochodu

nad ranem w pokoju pełnym kwaśnych oddechów wszystko zaczyna się od nowa

przemożesz

Możesz mnie porwać dla okupu. Uprowadzić do ciemnego miejsca. Potargać wszerz i wzdłuż, jak zapisaną kartkę papieru, a kawałki zanurzyć w czystej wodzie i rozwiesić w tym ciemnym miejscu jak fotografie do wywołania. Gdy przyglądniesz się każdemu z osobna zauważysz, że jeden jest w szeroką linię, drugi w kratkę, jeszcze inny całkiem gładki. Jednak gdy nałożysz je wszystkie na siebie, Twoim oczom ukaże się pięciolinia. Możesz zamienić ją w papier listowy. Możesz za jej pomocą przerwać zaćmienie horyzontu.

pęka w szwach

Niekiedy już tylko to bawi, jak te wszystkie zapory które wznoszę wokół siebie sypią się od najdelikatniejszego podmuchu. Potem jedynie pozostaje przyglądać się, jak każdy element układanki odłącza się od sąsiedniego, jak wszystkie nagle stają się płytkami domino ustawionymi w wymyślny wzór mający przynosić ukojenie, i jak pierwsza z brzegu płytka zaczyna się chwiać. Czy gdy już wszystkie będą leżeć na sobie wyraźniej ujrzę zaćmienie horyzontu? Bo przecież ono przez cały czas gdzieś tam jest, pytanie brzmi, czy się przybliży? Cokolwiek się nie stanie spróbuję odnaleźć w powstałym stosie ten chwiejny klocek, który wszystko zapoczątkował. Podniosę go i wsadzę sobie do ust, przez jakiś czas tak będę go przechowywał. Potem rozpocznę układanie na nowo.

ni

może już nigdy nie strąci mnie tam użycie tych samych kubków do śniadania dzień po dniu być może już nigdy nie zahipnotyzują mnie otwarte drzwi lodówki możliwe że nocą już nigdy ciężarówka nie zaparkuje na mojej piersi choć szczerze mówiąc wątpię bo tak długo jak rankiem będę wyczekiwał odgłosu zamykanych drzwi tak długo jak będę modlił się o nieszczęście tak długo będę ją widział kolczastą chmurę wypełnioną tłuczonym szkłem na granicy dostrzegalności