oł kaman

Dajcie już spokój z tą symboliką, potykam się o nią na każdym kroku. Wyskakuje z lodówki, spogląda na mnie ze stron powieści, szydzi z kinowego ekranu, wkradła się nawet do mojego telefonu. A przecież od łączenia symbolicznych kropek jestem tutaj ja. Nadal zapalam bądź gaszę lampy uliczne, w dalszym ciągu jestem strachem na wróble, znowu nad ranem słyszę wietrzny gwizd dalekiej fujarki – nic tu się nie zmieniło. Więc powtarzam: już wystarczy, zrozumiałem dawno temu.

puzzle

Rozsypały się kiedyś wokół pewnej ławki. Teraz widuję jakieś pojedyncze elementy unoszone wiatrem wokół tramwajowych torów. Nie odróżniam już czy to faktycznie tory, czy progi pokrzyżowane strunami. Nie za wysokie te progi? Nie za niska akcja? Jak mogę wpłynąć na krzywiznę? Czy już nacierać olejkami, czy może jednak później?

stopy

Muszę to rozchodzić. W tysiącach kroków zdeptać szarzyznę asfaltowej rzeczywistości, bym nie rozszedł się w szwach. Podbiec gdy trzeba, coraz mniej uciekać. Po śladach twoich trafić do celu, gdziekolwiek by nie był, czymkolwiek by nie miał się stać. Stanąć na chwilę i obwieścić tłumowi wyświechtaną formułkę: proszę się rozejść, nie ma tu niczego.

list

Liście opadły już dawno temu, czas zatem pisać list. Nie mylić z listą rzeczy, spraw, sprawunków. Atramentem sympatycznym, bo takiego listu do tej pory ludzkie oko nie widziało. I nie zobaczy. Wszak adresatem nie jest człowiek. List nie w butelce, nie w kieliszku nawet, bardziej w kubku z kawą, odręcznie napisany na serwetce. Skropiony perfumami, zamknięty w niepozornej kopercie. Jak go dostarczyć? Stojąc za zasłoną, pod nocy osłoną… Darujmy sobie tanie poetyckie zagrywki, poezja tkwi już w samej idei pisania listu. Wsunę go po prostu pod drzwiami, jak na filmach. Filmy z podejrzaną łatwością pokonują wszelkie granice.

środa

Zapalam na balkonie lampki choinkowe, chociaż święta dawno się skończyły, a na zewnątrz pachnie siarką. Na polu widzenia pojawiły się różne geometryczne kształty, dzięki czemu ruszając głową cały czas patrzę jak przez kalejdoskop. Ostrzę noże posuwistymi ruchami, chcę żeby cięły powietrze, dźwięk, opadający welon.

pęknięcie

W kieliszku pół na pół iluzji i pustki. Słońce gaśnie zanim dociera do żołądka, a wraz z nim rozwiewają się nadzieje na ostatnią linię obrony. Nie mam z czego usypać wałów, wyczerpał się idealny narkotyk, woreczki nienapełnione. Nadciąga powódź.