zwolnienie

Daj mi trochę czasu, a dokonam rzeczy niemożliwych. Wiesz, tak się mówi – „trochę”, ale tak naprawdę potrzebuję go dużo więcej. Bo niemożliwości nie biorą się z niczego. Zanim za cokolwiek będę mógł się zabrać muszę wypić dwie kawy. Koniecznie dwie, jedna po drugiej, w dodatku przed śniadaniem. Tak jak nie wolno. Po to między innymi, żeby dzień nie minął za szybko. Taki paradoks: naładuję się kawą, więc szybciej będę czekał. Na rozwój wydarzeń. Na sprzyjające okoliczności. Na przypływ natchnienia. Na rozgrzanie się piekarnika. Czas zwalnia, gdy się szybciej czeka. Nie pytaj mnie dlaczego tak jest. Zwolnij dla mnie trochę tego czasu, a dokonam rzeczy niemożliwych.

śnieg

Stoję oślepiony BIELĄ. Jest wonna, nieco winna, jest wolna. Krok w obojętnie jakim kierunku wydaje się być dobrym pomysłem. Wszystko wydaje się być dobrym pomysłem. Czekam na uniesienie nogi i postawienie jej, na ten przyjemny dźwięk który temu towarzyszy, gdy but styka się ze śniegiem. Nigdy dotąd na to nie czekałem. Aż do tej pory tak wiele o sobie nie wiedziałem.

na kleju

Ubieram bluzę sprzed kilku dni by poczuć tamtą atmosferę. Fałdy materiału skrywają tajemnicę, fałdy na mózgu się wygładzają, a chodniki przykryte śniegiem dostrajają się do sytuacji i marszcząc się rzucają kłody pod nogi. Faluje gorące powietrze wokół oddechu na śniegu, w wychłodzonym pomieszczeniu jedynie niewyraźna kawiarka daje odrobinę ciepła dłoniom i ustom. Rzucony z mostu patyk unosi się na falach, a mnie pozostaje co najwyżej pomachać znikającej za horyzontem rzeczywistości. Odkleiłem się, niech nikomu nie przyjdzie do głowy naklejać mnie z powrotem.

wycinek

Wychodzę w deszcz. Szybuję w słowach. W niebycie trwonię czas lepiąc dźwięki. Wychodzę w słońce. Czuję w uczuciach. Niewiele rozumiem, jeszcze mniej wiem. Wychodzę w niebo, płonie. Roztopiony asfalt spowalnia kroki. Nie umiem zmierzyć upływu czasu, nie jestem w stanie zaznaczyć żadnego punktu na osi. Wydaje mi się jednak, że umknęło mi kilka pór roku.

do jutra uciekać

Jestem w tym milczeniu telefonicznym, cały. Jestem w tych wszystkich oknach mieszkań w których nie żyję, i ty tam jesteś. Jestem w tej nieczynnej bibliotece, ktoś przez przypadek zostawił ją otwartą. Stoję pomiędzy regałami i za cholerę nie wiem po którą książkę sięgnąć. W drodze do miejsca w którym teatralnie wyzbywam się sił mijam biurowiec, w którym nikt o tej porze nie pracuje. Jedna sala konferencyjna świeci nie tylko pustkami, dziś niczego jednak się nie nauczę, nie dowiem. Muszę czekać do jutra, do jutra uciekać.

droga

Pogodziłem się z tym, że którejś nocy będę szedł tą drogą. Ciemno, gwiazdy jedynym oświetleniem, brak pobocza. Brzęczące towarzystwo przewodów linii wysokiego napięcia nade mną, niepisany rozejm z samym sobą we mnie. Wojskowa kurtka i worek na ubranie, jak jakiś absolutnie nieświęty Mikołaj, nie o tej porze roku i z listami od jednej tylko osoby. I zatrzyma się w końcu obok mnie jakiś patrol z pytaniem co tu robię o tej porze. Dobre pytanie, na które nie znam odpowiedzi. Jeżeli nie będę miał przygotowanej jakiejś historyjki, najprawdopodobniej wyląduję tam, gdzie wszyscy ci, którzy podobnie jak ja jedynie mówili przez czyjś niespokojny sen.

bądź cicho

To było świetne przyjęcie, wprost idealne do tego, aby opuścić je przed czasem. Zwłaszcza że trudno było oszacować kiedy ewentualny koniec miał by nastąpić. Niektórzy twierdzili, że stanie się to za parę lat, ale gdy ten moment nadszedł i nic się nie stało, ponownie przesunięto tę datę. Z perspektywy czasu stwierdzam, że też się nie udało. Tamten autobus już tędy nie jeździ. Śnieg już nigdy nie pada w tych dniach. Zupełnie gdzie indziej są okna mojej sypialni i już nie chowam się za zasłonami. By płakać nie muszę już bez mrugnięcia okiem wpatrywać się w jeden punkt. Nie ma już przewinień, wino dawno się skończyło. Przyjęcie trwa w najlepsze, pozwól więc, że przedstawię cię komuś, zanim dobiegnie końca. Ja ze swojej strony przynajmniej już wiem, że nie zostawię tego wszystkiego z tym głupim wyrazem na twarzy.

duchy

Wiesz jak to działa? Jakby duchy żyjących i nieżyjących usiadły Ci na piersiach, gdy leżysz. I niech ci się nie wydaje, że duchy nic nie ważą. Gdy stoisz łapią twoją klatkę piersiową w niewidzialne kleszcze. I znów – niewidzialne nie oznacza mniej bolesnego. Opierasz się o coś gdy już nie możesz zaczerpnąć tchu, a po twoich policzkach spływa deszcz rozpuszczający watę cukrową. Głowę wypełnia biel: światło i szum. Swędzi cię cały mózg, a ulgę potrafi przynieść tylko sen. O ile uda ci się zasnąć.

lustro wody

Znajdę w sobie siły, zobaczysz. Choćbym miał przenieść to lustro wody garściami na sąsiednie wzgórze i na wietrze ulepić z niego zwierciadło, w którym każę ci się przejrzeć. Zmuszę cię do tego, jeżeli będzie trzeba. Może wtedy uwierzysz, że to miejsce służy tylko i wyłącznie do podziwiania widoków.