Diane, odkryłem najbezpieczniejsze miejsce na świecie. Jest tam miękko i ciepło, wszystko przesiąknięte jest przepięknym zapachem. Celowo nie wysyłam ci współrzędnych, bo gdybym kiedyś przepadł bez śladu, to będzie znaczyło, że najprawdopodobniej właśnie tam jestem. I że pasuję jak ulał. I że nie chcę być odnaleziony.
przeoczenie
To jak mrugnięcie okiem podczas lotu spadającej gwiazdy.
znikomy odważny
78. Tyle rankiem pokazuje waga. Cieszy mnie to, choć mogłaby się jeszcze minimalnie zmniejszyć. Wiem, mam lekką niedowagę, więc chyba powinienem dążyć w przeciwnym kierunku, ale jakoś lepiej się czuję kiedy jest mnie mniej. Nie chcę zniknąć, Diane, nie zrozum mnie źle. Był taki czas w którym chciałem przestać być, rozpłynąć się w tęczowym świetle, albo może nigdy nie wynurzyć się z piany i bąbelków. Ewentualnie rozwiać wraz z dymem, zostać zdmuchniętym razem z zapałką. Ale uczepiłem się tej komety, otulony jej warkoczem dotarłem do gardła problemu, a stamtąd już niedaleko było do ciepłego kokonu, w którym tkwię i mimo załzawionych oczu znikać nie chcę. Za nic w świecie.
pył
Gdy ten kącik ust zbliży się do tego oka, to wiedz, że twoje serce któregoś dnia może już tego nie wytrzymać. Że jeszcze raz jeden uderzy, a potem urośnie na podobieństwo płuc które przy wynurzeniu z głębokiej toni nabierają jak największej ilości powietrza. I będzie tak rosło aż pęknie, obsypując dookoła cały świat czerwonym pyłem. A resztki jego osiądą wszędzie: na drutach wysokiego napięcia, na siedzących na nich gołębiach, na taksówkach i barowych blatach, w koleinach na przejściu dla pieszych i na stopniach wodnych Wisły. Cały świat nabierze ceglanego zabarwienia, jakby gdzieś niedaleko roztrzaskała się największa cegła z tego muru, który cię od dawna otacza.
…
Mógłbym wiecznie wpatrywać się w ten wielokropek. Nie widziałbym zegarka, więc nie miałbym pojęcia o tym, że dzień zmienia się w noc. Nie spoglądałbym w kierunku okien, dlatego tkwiłbym w błogiej nieświadomości, że za nimi zamieniają się miejscami pory roku. Być może w którymś momencie zniknęłyby ściany i coś podziałoby się z perspektywą. Przesunięcie horyzontu, załamanie przestrzeni, nałożenie się wymiarów – nie martwiłbym się tym w ogóle. Po prostu wpatrywałbym się w ten wielokropek, który przysłonił mi cały świat.
toop
Drogę mogę przebyć z zamkniętymi oczami. Mimo grubych podeszew wyczuwam każdą nierówność, dobrze pamiętam ich rozmieszczenie. Nie wywrócę się ani oślepiony słońcem, ani chwiany wiatrem. Krok za krokiem. Od ciebie do siebie.
w niebo nożem
W zasadzie bawią mnie te nieudane próby wzniecenia pożaru, podczas których każdy odchodzi w swoją stronę, pozostawiając leżące na ziemi gałęzie. Trochę upodabniamy się w tych momentach do tych pierwotnych ludzi, którym nie powiodła się próba patyków. Jakoś nikomu nie zaświtało, że może trzeba je ze sobą zetknąć pod innym kątem, nie wiem, może inaczej trzymać, w innym rytmie o siebie pocierać. Bawi mnie to, bo nie da się tego nawet porównać z tym uczuciem: ktoś coś nacina lśniącym nożem skórę na moich plecach, cięcie biegnie wzdłuż kręgosłupa, otwieram się jak kwiat, jak obierany owoc, wszystkie nerwy na wierzchu gotowe na przyjęcie tych świateł i dźwięków… Chwilami mam wrażenie, że to ponad moje siły, że następnego takiego strumienia nie będę w stanie przyjąć. Ale coś mi mówi że tu nie ma górnej granicy. Że nie ma czegoś takiego jak niemożliwe. Że mogę się dowolnie powiększyć wewnętrznie.
trzeci sezon
Być może po prostu czasem warto odczekać i życie samo napisze odpowiedni scenariusz. Oryginał nietknięty, no, może nieco tylko zmodyfikowany, nie udawajmy że aktorom nie przybyło tu i ówdzie kilogramów i siwych włosów. Nawet lokalizacja, mimo że bardzo walczy o to, aby wydawać się nietknięta upływem czasu, uległa subtelnym zmianom, choć dzisiaj chłostana jest wiatrem, tak jakby ten próbował zerwać z niej nowe warstwy, przywrócić dawny wygląd. Odświeżenie formuły można uzyskać przez powołanie do życia nowych postaci, albo takich, które pozornie nieobecne, nadawały jakiś sens poprzednim wydarzeniom. Wygląda na to, że krok po kroku, dzień po dniu, załamanie po załamaniu, wszystko zmierzało ku temu, aby jeden z głównych bohaterów nie musiał już nagrywać dyktafonem notatek, których dalszy los był mocno niepewny, nieokreślony, niedopowiedziany, być może nawet i przede wszystkim nieodsłuchany. Spirala zdarzeń zataczająca coraz szersze kręgi rozciągnęła się na podobieństwo kondensacyjnego leja i zrównała z ziemią… Ups, to nie ten film, chyba usiadłem na pilocie. Choć z drugiej strony coś jest na rzeczy. Krajobraz został uprzątnięty, tak jak by coś zdmuchnęło z niego wszelkie chwasty, przeszkody, śmieci i inne syfy, odsłaniając piękną zieloną ścieżkę prowadzącą do lasu. Albo, jeżeli wolisz, na plażę.
mak w betonie
W teorii jakoś to wszystko posklejałem do kupy. Spotkałem chłopca rysującego kredą serca, tego, którego bezskutecznie w ostatnich latach próbowałem dogonić. Jakimś cudem kwiat maku przebił betonową powierzchnię placu zabaw, wyrósł tuż obok wiecznie psutej przez starszych kolegów huśtawki. Szarość, twardość, upadki podczas gry w piłkę miały kształtować nasze charaktery. Z moim się nie udało, byłem zawsze zbyt delikatny, idealny cel późniejszych biznesowych rekinów. Jedni rysowali serca, ja – logo zespołu Europe. Choć podkochiwałem się w dziewczynie z tych nowych bloków, jednej z dwóch na całą szkołę chodzących czasem w t-shirtach z metalowymi zespołami. To było jednak nieco później, najpierw trzeba było przeczekać te wszystkie nieruchome popołudnia: drugi dzień którychś świąt, zapach mokrego od deszczu betonu, w telewizji nic, na podwórku nikogo. Rozrywką stawało się wszystko: wystawa zamkniętego sklepu zabawkowego, czyjeś spodnie z kadrami z niewydanego jeszcze u nas komiksu o Batmanie.
opowiadacze
Opowiadajcie mi historie. Niech opowieść snuje się wokół ogniskowego dymu i wraz z nim ulatuje do gwiazd. Oczarujcie mnie głosami, niech się w nich zakocham. Opowiedzcie mi życie, którego już nie ma, które było, lub które mogłoby być. Jeszcze raz wyciśnijcie mi łzy z oczu sprawdzonymi schematami. I jeszcze. Ciągle.