droga

Pogodziłem się z tym, że którejś nocy będę szedł tą drogą. Ciemno, gwiazdy jedynym oświetleniem, brak pobocza. Brzęczące towarzystwo przewodów linii wysokiego napięcia nade mną, niepisany rozejm z samym sobą we mnie. Wojskowa kurtka i worek na ubranie, jak jakiś absolutnie nieświęty Mikołaj, nie o tej porze roku i z listami od jednej tylko osoby. I zatrzyma się w końcu obok mnie jakiś patrol z pytaniem co tu robię o tej porze. Dobre pytanie, na które nie znam odpowiedzi. Jeżeli nie będę miał przygotowanej jakiejś historyjki, najprawdopodobniej wyląduję tam, gdzie wszyscy ci, którzy podobnie jak ja jedynie mówili przez czyjś niespokojny sen.

bądź cicho

To było świetne przyjęcie, wprost idealne do tego, aby opuścić je przed czasem. Zwłaszcza że trudno było oszacować kiedy ewentualny koniec miał by nastąpić. Niektórzy twierdzili, że stanie się to za parę lat, ale gdy ten moment nadszedł i nic się nie stało, ponownie przesunięto tę datę. Z perspektywy czasu stwierdzam, że też się nie udało. Tamten autobus już tędy nie jeździ. Śnieg już nigdy nie pada w tych dniach. Zupełnie gdzie indziej są okna mojej sypialni i już nie chowam się za zasłonami. By płakać nie muszę już bez mrugnięcia okiem wpatrywać się w jeden punkt. Nie ma już przewinień, wino dawno się skończyło. Przyjęcie trwa w najlepsze, pozwól więc, że przedstawię cię komuś, zanim dobiegnie końca. Ja ze swojej strony przynajmniej już wiem, że nie zostawię tego wszystkiego z tym głupim wyrazem na twarzy.

duchy

Wiesz jak to działa? Jakby duchy żyjących i nieżyjących usiadły Ci na piersiach, gdy leżysz. I niech ci się nie wydaje, że duchy nic nie ważą. Gdy stoisz łapią twoją klatkę piersiową w niewidzialne kleszcze. I znów – niewidzialne nie oznacza mniej bolesnego. Opierasz się o coś gdy już nie możesz zaczerpnąć tchu, a po twoich policzkach spływa deszcz rozpuszczający watę cukrową. Głowę wypełnia biel: światło i szum. Swędzi cię cały mózg, a ulgę potrafi przynieść tylko sen. O ile uda ci się zasnąć.

lustro wody

Znajdę w sobie siły, zobaczysz. Choćbym miał przenieść to lustro wody garściami na sąsiednie wzgórze i na wietrze ulepić z niego zwierciadło, w którym każę ci się przejrzeć. Zmuszę cię do tego, jeżeli będzie trzeba. Może wtedy uwierzysz, że to miejsce służy tylko i wyłącznie do podziwiania widoków.

miejsce

Diane, odkryłem najbezpieczniejsze miejsce na świecie. Jest tam miękko i ciepło, wszystko przesiąknięte jest przepięknym zapachem. Celowo nie wysyłam ci współrzędnych, bo gdybym kiedyś przepadł bez śladu, to będzie znaczyło, że najprawdopodobniej właśnie tam jestem. I że pasuję jak ulał. I że nie chcę być odnaleziony.

znikomy odważny

78. Tyle rankiem pokazuje waga. Cieszy mnie to, choć mogłaby się jeszcze minimalnie zmniejszyć. Wiem, mam lekką niedowagę, więc chyba powinienem dążyć w przeciwnym kierunku, ale jakoś lepiej się czuję kiedy jest mnie mniej. Nie chcę zniknąć, Diane, nie zrozum mnie źle. Był taki czas w którym chciałem przestać być, rozpłynąć się w tęczowym świetle, albo może nigdy nie wynurzyć się z piany i bąbelków. Ewentualnie rozwiać wraz z dymem, zostać zdmuchniętym razem z zapałką. Ale uczepiłem się tej komety, otulony jej warkoczem dotarłem do gardła problemu, a stamtąd już niedaleko było do ciepłego kokonu, w którym tkwię i mimo załzawionych oczu znikać nie chcę. Za nic w świecie.

pył

Gdy ten kącik ust zbliży się do tego oka, to wiedz, że twoje serce któregoś dnia może już tego nie wytrzymać. Że jeszcze raz jeden uderzy, a potem urośnie na podobieństwo płuc które przy wynurzeniu z głębokiej toni nabierają jak największej ilości powietrza. I będzie tak rosło aż pęknie, obsypując dookoła cały świat czerwonym pyłem. A resztki jego osiądą wszędzie: na drutach wysokiego napięcia, na siedzących na nich gołębiach, na taksówkach i barowych blatach, w koleinach na przejściu dla pieszych i na stopniach wodnych Wisły. Cały świat nabierze ceglanego zabarwienia, jakby gdzieś niedaleko roztrzaskała się największa cegła z tego muru, który cię od dawna otacza.

…

Mógłbym wiecznie wpatrywać się w ten wielokropek. Nie widziałbym zegarka, więc nie miałbym pojęcia o tym, że dzień zmienia się w noc. Nie spoglądałbym w kierunku okien, dlatego tkwiłbym w błogiej nieświadomości, że za nimi zamieniają się miejscami pory roku. Być może w którymś momencie zniknęłyby ściany i coś podziałoby się z perspektywą. Przesunięcie horyzontu, załamanie przestrzeni, nałożenie się wymiarów – nie martwiłbym się tym w ogóle. Po prostu wpatrywałbym się w ten wielokropek, który przysłonił mi cały świat.