441
Umysł nie jest tylko jadowitym gadem, który czasami kąsa sam siebie; to także zapalony zbieracz śmieci.
hałdy
Czasem po prostu musisz upaść w zwolnionym tempie na pole pełne dmuchawców. Twój upadek wznieci chmurę wirujących nasion, które przysłonią na moment słońce, a gdy już ich taniec się uspokoi, będą na podobieństwo płatków śniegu powoli dryfować, każde w sobie tylko znanym kierunku. Porównanie do miniaturowych kryształków śniegu jak najbardziej zamierzone, bo gdy przyjrzysz się każdemu z osobna i z bliska, przekonasz się o ich niepowtarzalności. O tym, że każdy z nich zawiera w sobie cały wszechświat, nie muszę mówić. I tak mi nie uwierzysz. Ale nie zamykaj oczu, pozwól, żeby przynajmniej jeden do któregoś wpadł. Opuści twoje ciało następnego dnia wraz z poranną łzą, za to ty będziesz już kimś zupełnie innym.
dumb numb
Niektórzy mają DNA.
A inni mają dno.
lecz nie
Po własnych śladach mówię od tyłu. Tytuł, tułów, tam nie – zderzam się ze wszystkim, co mnie do tej pory omijało. Krok za krokiem, na palcach, żeby nie słyszeli ci, co tam w rowie stoją i wpatrują się w okna mojej sypialni. Nie dogonili mnie od czasu, gdy rzuciłem na nich klątwę stawiania jednego tiptopa dziennie. Teraz ja na nich wpadnę, niezauważony, tyłem, roztrącę, roztrwonię. Po śladach, po pośladkach, poślinię i trafię do samego siebie, do początku tego wszystkiego. Do skrzyżowania z jedną stacją benzynową i budką telefoniczną na zewnątrz. I obawiam się, że tym razem nie wykonam telefonu. Nie będę miał co obwieszczać, bo już nie wrócę. I nie odejdę, nie wywołam łez, w kościele nieopodal dzwon nie zabije na trwogę.
cykl „żaluzje”
Nie mogę zasnąć, bo wiem, że rano cię tu nie będzie. Nie będę chciał, żebyś tu była. Nigdy cię tu nie było zresztą. Przewracam się z boku na bok, coraz bardziej zaplątując się w przykrywające mnie prześcieradło. To idiotyzm, kto to widział tak spać? Albo i nie spać? Na prześcieradle powinno się leżeć. Moim bezsensownym próbom uśnięcia przygląda się zza rozchylonych żaluzji złośliwy księżyc, przygląda się i nic nie mówi. Jeszcze tego by brakowało. Rano go nie będzie, podobnie jak ciebie. Umyję zęby bez śladu piany, żaluzje w tym czasie poszatkują słoneczne promienie na śniadanie. W szafie nie znajdę twoich rzeczy. Bo nigdy ich tu nie było. Nie chciałem, żeby były. Zresztą nigdy ich też nie będzie.
spoko spoko
Wieczorem okolica pachnie spoconym sportowcem.
salamandra
Odkryłem nowe źródło energii kompatybilne z moim osobistym softwarem – baterie cieniowe. Wstępują we mnie nowe siły, w dodatku czyste, gdy tylko robi się chłodniej, ciemniej, pochmurniej i deszczowo. Nie jestem niestety sową, tak dobrze nie jest, bo jednak nocą przechodzę w stan uśpienia. Niekiedy uruchamiam się ponownie, innym razem pod powiekami spokojnie przesuwają się jedynie slajdy wygaszacza ekranu. W każdym razie nie potrafię odwrócić głowy o sto osiemdziesiąt stopni, ani zataczać kręgów pod księżycem. Choć jedną cechę z nocnym drapieżnikiem mamy wspólną – nie jesteśmy tym, czym się wydajemy. Ostatnio bywam na przykład salamandrą.
kępa
Diane, czy zwróciłaś kiedykolwiek uwagę na to, jak bardzo surrealistyczny jest widok kępy żyta w samym środku dużego osiedla? Pole, na którym powstały bloki wciąż gdzieś tam jest i co jakiś czas daje o sobie znać. Przypomina nam o tym, że jak kiedyś to wszystko szlag trafi (a znaki na niebie i ziemi mówią, że stanie się to raczej prędzej niż później), to nas zabraknie, ale ono pozostanie. Piękne i drogie apartamenty z widokiem na trenujących ludzi opustoszeją, budynki po jakimś czasie zapadną w sen, przykryte bezkresną kołdrą traw, zbóż, koniczyny i maków. Zanim to jednak nastąpi, takie miejscowe przyrodnicze anomalie są jak latarnie morskie dla nasion. To tak naprawdę one kierują prądami powietrznymi na całym globie. Możemy się dziwić, że się nagle ochłodziło, naukowo udowadniać to, czemu jest dziesięć stopni mniej niż wczoraj, ale nic na to nie poradzimy. To kępa zboża wysyła sygnały w rodzaju „Ej, dawać teraz tutaj, mamy już opędzony prawie cały blok dookoła!”. Żeby nie było, że nie ostrzegałem.
muzeum zapachów
Mijam na ulicy jakąś kobietę, wkraczam w zapachową chmurę którą po sobie pozostawiła. Z miejsca przenosi mnie do tego dziwnego wyjazdu. Interesujące, bo nie zapamiętałem stamtąd żadnych aromatów, a już z pewnością nie kobiecych. Ale jednak na krótką chwilę na rzeczywistość zostaje nałożona klisza z niewywołanymi zdjęciami sprzed ponad dwudziestu lat. Potem wszystko wraca do normy, jak zwykle zresztą. Jakiś czas później znowu natykam się na woń która z czymś bardzo mi się kojarzy. Notuję w głowie z myślą, że kiedyś to tutaj opiszę. To kiedyś jest właśnie teraz i niestety nie pamiętam już tego drugiego zajścia. Coraz więcej umyka mi z codzienności. Chyba dobrym pomysłem było założenie tego muzeum już dawno temu, niestety jak większość dobrych pomysłów niezrealizowanym.