kAc

Upiłem się życiem, o czwartej nad ranem obudził mnie kac. Taki najprawdziwszy, zapamiętany z czasów picia. Do pełni szczęścia brakowało tylko nudności, ale coś czuję, że jeszcze wszystko przede mną w tym temacie. Poza tym cała paleta typowych doznań: suchość w ustach, niepokój, odrealnienie, słabość, zapadanie w krótki sen z przedziwnymi wizjami (najwyraźniej zapamiętałem tę, w ktorej moi bliscy siedzieli jakby w okręgu wokół mnie i głośno do mnie bełkotali niezrozumiale). Po trzech tabletkach modliłem się tylko o szklankę, najlepiej tego roztopionego śniegu. Z tych okruchów które będę zbierał.

pozytywny pesymista

Niedawno znajomy z pracy powiedział mi, że jestem najbardziej pozytywnym pesymistą jakiego zna. Oczywiście mówił to pół żartem pół serio, ale w zasadzie trafił, trochę racji miał, a ja odebrałem to jako komplement. Wspominam o tym właściwie tylko dlatego, że chciałem tu w końcu napisać coś pozytywnego, a że takiemu wyjątkowemu w tym miejscu wpisowi należało nadać jakiś sensowny tytuł, a że „coś pozytywnego” to utwór Kasi Kowalskiej, no to trzeba było wymyślić coś innego. W miarę możliwości korespondującego z treścią. Nieważne, do rzeczy. A właściwie do człowieka.

Znam przepiękną osobę, która dokonuje cudów w walce ze sobą i w walce o siebie. Dziś osoba ta odniosła kolejny spektakularny sukces, co sprawiło, że jestem tak bardzo szczęśliwy, że chyba nie pamiętam kiedy ostatni raz tak się czułem. Przepełnia mnie radość, wzruszenie i duma, a wszystko to wychodzi ze mnie razem ze łzami. Jestem lekki, unoszę się paręnaście centymetrów nad podłogą, a dzisiejsze słońce na niebie jest niczym w porównaniu z blaskiem który rozgrzewa mnie od środka. Właśnie dla takich chwil warto żyć, właśnie dla takich.

przeźrocze

Kurtyna, welon, zasłona, narzuta. Wiecznie czymś przykryty. Przykry ja. Z każdej strony sceny, nigdy w jej centrum. Welon się za mną snuł, aż rozpłynął się całkiem w powietrzu, a ja go nie dokarmiłem. Za słona, albo poplamiona, a przecież była nowa, ale to zupełnie normalne w tej kuchni pełnej niespodzianek. Zaraz dokończę, tylko coś na siebie narzucę, ale doprawdy nie chcę sprawiać kłopotu. Poza tym to nieciekawa opowieść, bardzo mało w niej światła. Trochę dźwięków jedynie. Można je przeoczyć, pominąć, mnie przy okazji też, w ostatniej chwili, tuż przed wejściem prosto na mnie. Przecież jestem przezroczysty.

konkret

Koncentruję siły na poprawie koncentracji. Odmawia mi współpracy koncertowo. Chyba muszę dać gdzieś wyżej antenę, bo tracę zasięg. Tylko czy wystarczy kabla koncentrycznego? Może gdy napiję się koncentratu pomidorowego, to moje myśli zaczną działać bezprzewodowo.

kłamca kłamca

Generalnie (nie lubię, gdy ktoś używa tego słowa, zwłaszcza na początku zdania, ale generalnie mam to w dupie) nie potrafię kłamać, co być może dobrze o mnie świadczy, za to nieco utrudnia życie. W sytuacjach ekstremalnych okazuje się, że jednak umiem, w dodatku z wirtuozerią. Wystarczy tylko zalać połowę klatki schodowej, przemoknąć do suchej nitki, nie móc odejść od zaworu z którego się leje, wtedy bez mrugnięcia okiem udaje mi się wcisnąć adminitratorowi i konserwatorowi budynku, że jak przyszedłem to tak już było, mimo że pół godziny wcześniej rozmawiałem z jednym z nich w sprawie niedziałającego sterownika temperatury grzejników. To, że leje się z otworu po kablu od ogrzewania, to zupełny przypadek. Zupełny.

1234

Wczorajszy wpis okazał się być tysiąc dwieście trzydziestym czwartym. Przy okazji musiałem sobie przypomnieć jak się w ogóle pisze takie większe liczebniki. Coraz częściej pytam o coś ChatGPT, wczoraj na przykład pytałem go czy piąta kawa przy niedoczynności tarczycy, niedospaniu i w ogóle nie, jest dobrym pomysłem. Pytałem go też o inne rzeczy, bo kogo. Ale wracając do cyferek – 1234, fajna liczba. Od razu przyszło mi do głowy, że ciekawe co się kryje pod wpisem nr 13. Albo 666! Albo, CHŁE CHŁE CHŁE 69. To jedna z tych rzeczy, których nigdy nie sprawdzę, jeden z tych pomysłów, który z miejsca trafia na listę spraw nigdy niezrealizowanych. Tytułowa liczba kojarzy mi się też ze słynnym w niektórych kręgach 3…2…1…, czyli wstępem redaktora naczelnego pisma Fantastyka (potem Nowa Fantastyka), który w ten sposób wprowadzał czytelników w zawartość każdego nowego numeru. Przynajmniej dopóki czytałem, ciekawe jak jest teraz. Warto sprawdzić, to może akurat się uda. Chyba sam zacząłem w ten sposób któryś ze swoich archaicznych blogów. A może to nie byłem ja? Fakt, mogłem wtedy nie być jeszcze sobą. Patrząc na 1234 w głowie słyszę też pamiętny cytat z Misia – „Raz! Dwa! Raz dwa trzy! Pięć sześć siedem! Osiem!”. Takie tam. I mamy 1235. I idziemy na rekord wpisów w miesiącu (28). Ale to się chyba nie uda. Nieważne.

co

W zakładcie SZKICE samotny wpis o tytule „co”. Tyle, sam tytuł, treści więc mniej niż zazwyczaj. Co to miało być, co chciałem napisać, co miałem na celu, co się dzieje, co się stało. Co się stało? Pewnego dnia pękło niebo, a ze szczeliny wypełzły macki świetlistego tornada, które zrównało mnie z ziemią po to tylko, by co jakiś czas unosić i zrzucać, unosić i zrzucać, unosić… Jak w lunaparku, gdzie któraś karuzela czy inny rollercoaster ma jakieś zwarcie i nie może się zatrzymać. Chyba że to wina biletu, może był jakiś magiczny, a ja się mu nie przyjrzałem dokładnie, byłem bardziej zaabsorbowany tym, żeby nie zgubić paragonu, więc mogłem nie zauważyć księżycowego pyłu który obsypał palce biletera, gdy ten go targał. Nie schodzę, zresztą i tak się nie da, poza tym i tak nie chcę. Nie ma nudności, nie dociera tu ta cyrkowa muzyka, żaden klaun nie złapie mnie za rękę, jedynie to serce które raz jest w gardle, to znowu chowa się gdzieś w piętach, by za chwilę pobyć trochę w zaprzeproszeniem dupie. Gdyby nie wypełniający moją klatkę piersiową miód, podejrzewam że już jakiś czas temu odmówiłoby współpracy. Tymczasem jest tak naoliwione, że nic mu nie grozi. Wytrzyma dłużej… chciałem napisać, że dłużej ode mnie, ale nie. Wytrzyma wraz ze mną. Bo chyba można ze mną wytrzymać.